Przyjaciele w Radomiu

    Kiedy się ma nową rzecz, na którą się czekało długo tak jak ja, to się tą rzecz oczywiście chce przetestować, nacieszyć, pobawić. Nie inaczej było w przypadku motocykla, tej piekielnej maszyny, którą nabyłem niedawno. Nacieszenie się nowym pojazdem polega na jeżdżeniu w tą i z powrotem, czasem w jakimś celu, a czasem bez. Kiedy już objeździłem całą rodzinę, pochwaliłem się krewnym i znajomym królika i o mało co nie przeziębiłem, powstał dylemat gdzie w następnej kolejności pojechać. Kiedy motocykla nie miałem, wyobrażałem sobie go jako remedium na wszystkie swoje niepowodzenia, sinusoidalne skoki humoru, czasem też całkiem spore dołki. Wyobrażałem sobie siebie jadącego sobie w dal i pogrążonego w swoich myślach, sam na sam ze sobą, odciętego od wszystkiego. Stety lub niestety myliłem się. Okazuje się bowiem, że jadąc na motocyklu człowiek jest (musi być) dwa, lub jeszcze więcej razy bardziej skupiony na tym co się dookoła niego dzieje niż w samochodzie. Tak więc jadąc na moto miałem teraz zupełną pustkę w głowie i jakkolwiek czerpiąc wielką przyjemność z podróży, moja głowa była jednak zaprzątnięta raczej tym, żeby nie dać się zabić, niż rozmyślaniami o sensie istnienia, czy jakichś tam innych pierdół. A Jechałem do Radomia Aleją Krakowską, czy trasą krakowską, jak zwał tak zwał. Radom to paskudne miasto, które pamiętam z dzieciństwa, ponieważ spędzałem tam wakacje u babci Janki i przez babcię, oraz jego paskudność odczuwam do niego spory sentyment (nie taki jak do P-na, ale zawsze). Uzbrojony w karteczkę z numerami tras (wracałem przez Kozienice) i listą miejsc do odwiedzenia (3 pozycje, ale mam słabą pamięć, stąd lista) pędziłem sobie wesoło na południe. Udało mi się tam dojechać w około godzinę, co jednak nie było zbyt rozsądne, jak potem uświadomiły mi żona i matka, no ale cóż.

    Nie jest tak, jak twierdzą niektórzy, że motocykl jest magnesem na płeć piękną i wystarczy się polansować po mieście, żeby od razu jakiś plecak podwieźć, a potem stłamsić. To znaczy może to jest prawda, ale mnie przynajmniej jest to zupełnie obce i to dobrze. Jakkolwiek laski nie kleją się do mojej maszyny, to jednak zupełnie inaczej sprawa się ma z małymi dziećmi. Mam go już miesiąc, a rozmawiałem już chyba z pięciorgiem dzieci w wieku przedszkolnym, o dzieciach gapiących się z mniej dostępnych miejsc nie wspominając. Jeden chłopiec na przykład, lat mniej więcej na oko 2 (bo ledwo mówił) zachęcany przez swojego tatę wymieniał mi wszystkie marki motocykli jakie znał. Trzeba mu było tylko trochę pomagać z pierwszą sylabą, a potem sobie seplenił. Zuch. Inny chciał się gramolić na motocykl, ale babcia na niego nawrzeszczała, jeszcze inne dzieci po prostu przechodząc ciągnęły za klamki, manetki i inne wystające rzeczy. Zupełnie mi to nie przeszkadza.

    Brak mi niestety jeszcze doświadczenia i w Radomiu przydarzył mi się pierwszy paciak. Paciak to (chyba fachowe) określenie na wywrotkę “parkingową” kiedy to toczymy się na motocyklu w celu właśnie wspomnianego parkowania, lub w jakimś innym, dość, że prędkość mamy wtedy prawie żadną. W takich momentach motocykl jest bardzo niestabilny, bowiem brak sił żyroskopowych pochodzących od kręcących się kół (kręcą się wolno, więc siła mała i słabo nas/mnie stabilizuje). I tak samo było w moim przypadku. Zauważyłem bowiem na ulicy Niedziałkowskiego w Radomiu grupę młodzieży gimnazjalnej w sile około dziesięciu na tle wielkiej swastyki wysprejowanej na murze. Szybko się oddaliłem, ale jednak ciekawość pozostała i dokopawszy się do głęboko skrywanych pokładów odwagi postanowiłem do nich wrócić, żeby zrobić im zdjęcie. Niestety nie było ich, ja zacząłem zawracać, samochód się zjawił znikąd, ja po hamulcach i pac. Wygrzebałem się spod motocykla, łażę dookoła i patrzę co by tu zrobić (wyłączył się sam). Próbuję podnieść przodem, nie daję rady. Próbuję inaczej, też nic. Wtem słyszę ożywioną rozmowę. To właśnie owi chłopcy, których szukałem wymieniali się uwagami na temat przyczyn mojego nieszczęścia. Konkluzja brzmiała : “typ się przestraszył”. No i dużo mieli racji, moja gwałtowna reakcja była skutkiem nagłego pojawienia się zagrożenia, którego się nie spodziewałem (to był jakiś stary golf). Szli w moją stronę i zastanawiali się na głos, czy mi pomóc, czy nie. Szybko (na szczęście) doszli do porozumienia, że jednak tak (“pomożemy typowi”) i jeszcze będąc w pół drogi, uspokoili mnie (cały czas szarpiącego się z kawałem żelastwa) w te słowy : “zostaw to, bo się zesrasz!”.

    Zdjęcia już im nie zrobiłem, ale wdzięczny jestem im do dzisiaj, bo strasznie ciężkie to cholerstwo. Oczywiście nie miałem gmoli ani kraszpadów, a motocykl był nowy, więc sami sobie możecie dalej dopowiedzieć co i jak. Na szczęście straty są znikome, a na gmole i kraszpady ciągle zbieram. Pozdrawiam chłopaków z Radomia.

Post navigation

3 comments for “Przyjaciele w Radomiu

  1. May 6, 2011 at 7:54 am

    mój, znany Ci zresztą, ojciec mawiał, gdy mówiłam mu, że czegoś się wstydzę: “wstyd to w Radomiu się urodzić!”. generalnie zastanawiająca jest ogólna niechęć do Radomia. ja w Radomiu byłam wielokrotnie i miło mi się kojarzy, choć jest brzydkie bardziej niż miasto Sru…, ponieważ w wieku młodzieńczym jeździłam tam na spontaniczne wycieczki dużym fiatem

  2. May 6, 2011 at 9:30 am

    Tak! Faktycznie znam to powiedzenie i faktycznie jest śmieszne. No chyba, że jest się moją mamą lub Gosią, to wtedy przestaje byc takie śmieszne, bo one jak wiadomo urodziły się właśnie w Radomiu. Wycieczki spontaniczne są super – vide powyżej :)

  3. May 6, 2011 at 7:53 pm

    O, jaka ładna historia :-)
    A powiedzenie o wstydzie też bardzo lubię.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *