5′nizza

Piątkowy koniec dnia, wiatr zerwał się za oknem, topole wśród ciężkiego sprzętu budowlanego zaszamotały się spierając się z podmuchem. Jeszcze tylko dwie godziny wpatrywania się w monitor, wykonywania nudnych zadań i wypełniania dziwnych poleceń. Po raz kolejny zatapiam się w myślach, gdzie wsiadam na rower i daję porwać się piątkowemu rozprężeniu, które z trzeszczeniem ogarnia całe miasto. Jadąc widzę na światłach poważnych biznesmenów luzujących krawaty w swoich drogich czarnych samochodach, widzę młodych ludzi ubranych na sportowo i o smutnych oczach, podążających do knajpy na z dawna wyczekiwany mecz. Widzę młodzież gimnazjalną wybiegającą wesoło ze szkoły. Zapalają papierosy, zrzucają mundurki i zapluwając chodnik, ochoczo przepędzają ludzi. Dziś jest piątek, dziś wszystkie ławki w parku przez który przejeżdżam należą do nich. Ksst, kssst da się słyszeć – to kolejne otwierane puszki piwa, które dziś będziemy wszyscy pić i cieszyć się, że dziś jest upragniony koniec tygodnia. Dziś jest początek łikendu, dzień zaznaczony grubszą kreską na podziałce linii czasu. Jadę dalej – wprost do domu, do mojej ukochanej.

Też się gdzieś wybieramy. Szybciutko bileciki, szybciutko tramwaj, szybciutko, żeby tylko nie uciekł! Przesiadka tu, przesiadka tam i jesteśmy koło SGH i zaraz koło Stodoły – dziś 5nizza jest w mieście. Kolejka. Zdenerwowana dziewczynka przebiega koło nas, gubi bluzę zawieszoną na ramionach, ktoś podnosi. ,,Spadło i nikt nic nie mówi!?” pyta obrażona odbierając zgubę od kogoś kto jej to podniósł. Rozbawieni czekamy w kolejce do wejścia. Ochroniarz każe mi się ustawić gdzieś tam :

– Stań tu.
– Jesteśmy na ty?
– Możemy nie być.

Kosmita. Mnóstwo ludzi. Mrman. Piwo. Gadamy. Piwo. Śmiejemy się. Piwo. Idziemy na koncert. Głośno. Koszmarnie gorąco. Tłok. Entuzjazm publiczności ogromny. Ręce w górze. I śpiew tysięcznego chóru publiczności wtórującego zespołowi przetaczał się przez salę, co brzmiało niesamowicie. Gdzieniegdzie na ciemnym tle sali widać komórki jarzące się na niebiesko – to ludzie starają się sfilmować scenę. Flesze rozbłyskują co i raz. Następny utwór i następny. Publiczność to skacze, to kołysze się. Kiedy kończy się jakaś piosenka słychać jak ktoś wykrzykuje tytuł ulubionego utworu. Na dźwięk spokojniejszych kawałków pojawiają się płomienie zapalniczek. Pierwszy bis, publiczność tupie, klaszcze, skanduje : ,,pia-tni-ca, pia-tni-ca”, drugi bis, koniec. Poszliśmy jeszcze we trójkę zjeść coś paskudnego, ale niestety kebaby były zamknięte (łatafak?), więc poszliśmy do sraka-maka. Potem jeszcze tylko ciężkie chwile w autobusie N ileś i lulu w domciu.

A już za tydzień w niedzielę….!!!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *