Category: Uncategorized

Dalszy ciąg dnia 1

Potem już ruszyliśmy na dobre. Głupie G1 zawiesiło się właśnie teraz i zeżarło wiadomość. Wokoło lotniska trochę błądziliśmy. White spirit na stacji benzynowej, sprzedawczyni Polka. Ruszamy trasą 120 w stronę Hurdal. Norwegowie jeżdżą bardzo spokojnie, wyprzedzają nas w dużej odległości, albo się za nami toczą kiedy jest zakręt albo górka. Postój nad jeziorem, potem koło sklepu. Męczymy się bo cały czas podjazdy I zjazdy. W sklepie ceny masakryczne piwo 15 PLN, lód 10. Kupiłem loda i się podłamałem trochę. Pusto tutaj strasznie. Tzn. zabudowa jest cały czas, ale nikogo na ulicy nie ma. No ale jest sobota. Z Hurdal pomyliliśmy drogę i nadłożyliśmy 20km (wjazd I zjazd). Potem na drogę do Minesund (czy jakoś tak). O 23 znaleźliśmy miejsce na dzikusa, o 24 po kisielkach I liofilizatach (całkiem dobre) spać. Po 12 było jeszcze w miarę widno (półmrok). Dziś budzimy się i co? Leje. A wczoraj był taki upal. Napiszcie jakąś komcie żebyśmy wiedzieli że działa. Buziaki. trip : 75.6km, time : 4:34, avg : 16.52.

Wszystko ok

Wylądowaliśmy wczoraj w Oslo. Lot samolotem super, ale byliśmy upakowani jak sardynki. Asia widziała puszczę kampinoską z lotu ptaka. Po lądowaniu poskręcaliśmy rowery, pożegnaliśmy się z Pawlem i Krzysiem i ruszyliśmy. Bankomat to minibank. Trudno wyjechać z lotniska. Na stacji kupiliśmy white spirit do kuchenki. Sprzedawczyni była Polką.

Moja mama i moje koleżanki

…chcą czytać o mnie, a ja jestem głupim siurkiem. Tak powiedziała wlaśnie moja zona. Doceniam i podziwiam i w ogóle. Idziemy spać. Za 4 godziny wstajemy i jedziemy na lotnisko. Terminal 1 czy coś. Nie mam pojęcia jak się odnaleźć w tych wszystkich bramkach. Dobrze, że obsługa mówi po polsku. Nie wiem jak to będzie w Oslo. Aha. Byłbym zapomniał. Asia jest kochana i zapakowaliśmy się tylko dzięki niej, i mam o niej dużo pisać i ple ple ple. Żaby kumkają za oknem, dobranoc.

Wyruszamy

Zaraz wyruszamy do Koczarg, skąd jutro rano pojedziemy (samochodem z
przyczepką) na lotnisko. Trochę dziwne, ale nie czuję żadnego
przedwyjazdowego napięcia, żadnego takiego poddenerowania i
podniecenia przed długą wyprawą. Kiedyś, kiedy byłem mały wystarczyło
zaplanować wycieczkę w nieznane rejony osiedla i już była wielka
przygoda, no a dziś już nie jest tak łatwo (w szczególności osiedle
mijam z obojętnością, bo jest brzydkie i dresi biegają). No ale cieszę
się, bo będzie fajnie i ładnie. Licznik wyzerowany, sakwy dopięte
(lewa 6.5 kg, prawa 11, środek, to nawet nie wiem). OK. Lece. Papa,
może się odezwę jutro wieczorem, a może za 2 dni.

Cinematic Orchestra, Warsaw, Palladium. What!? — The true story.

Poznajcie Zosię, Jasia i Andrzejka. Nie ma się z czego śmiać. Są to pensjonariusze ośrodka dla niesłyszących dzieci numer 4 w Makowie Podhalańskim. Dzisiejszy dzień pozostanie na długo w ich pamięci. W zasadzie, jest to najważniejszy dzień jaki dla nich do tej pory nastał. Co takiego się zdarzyło? Śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż Pani Hania, ich rehabilitantka starająca się o nagrodę innowacyjnego pedagoga roku postanowiła zastosować nowatorski sposób leczenia i zabrała dzieci do Warszawy. Feeria świateł (gdyż wjeżdżali do miasta nocą, czy późnym wieczorem) zdawała się nie mieć końca. Pędzące we wszystkich kierunkach auta, ogromne budynki (miały chyba z 50 pięter!), modni ludzie biegnący na spotkanie z przyjaciółmi (powiewając odzieżą). Ciepły powiew letniego miejskiego powietrza na twarzy, przywołujący wspomnienia z dawnych lat (no w przypadku dzieci to by było kiedy miały powiedzmy po 7), ostry zapach spalin z przejeżdżającego skutera… Tak… miasto niesie ze sobą tyle doznań. Brak tylko dźwięków. Jak już wspomniałem, dzieci nie słyszą.

Ale cóż to? Autokar zatrzymuje się przed Palladium. Jest to miejsce obecnie zwane klubem, które kiedyś było kinem. Usunięto wszystkie fotele, ekran zastąpiono sceną. Ludzi przybywa, parkiet przed sceną zapełnia się w całości. Czekamy. Zespół wchodzi na scenę, zaczynają grać.

Musielibyście wtedy być ze mną i widzieć te dzieci. One płakały. Łzy (szczęścia) pojawiły się na bladych policzkach tych niewinnych istot. Po raz pierwszy w życiu te dzieci usłyszały jakikolwiek dźwięk.

Nigdy potem nie doświadczyły niczego podobnego.

Później, długo po tym, kiedy Pani Hania dostała już nagrodę, a dzieci trochę podrosły, miasto podupadło, a ja wytrzeźwiałem, przeprowadzano badania, które miały ustalić, co tak na prawdę wtedy zaszło. Nie pytajcie mnie, ja tylko opisuję co widziałem, w czym uczestniczyłem. Nie mam przygotowania medycznego i nie mogę powiedzieć co tak naprawdę się stało, jednak obserwując lekarzy i same dzieci, wnioskuję, że było to coś niezwykłego.

Hania jako najbardziej otwarta z trójki starała się wydarzenie przedstawić za pomocą kolorów. Jej malunki przedstawiały coś na kształt eksplozji, czy może chmur, jednak we wściekle fioletowym kolorze, z zielonymi kropkami pośrodku. Jasio z kolei zaczął bardzo intensywnie uprawiać sport. Najpierw przez pół roku ćwiczył Judo, a kiedy osiągnął poziom mistrzowski jak na swój wiek, przerzucił się na ping-ponga i gra do dziś. Andrzejek jako jedyny zamknął się w sobie i nie ma z nim żadnego kontaktu. Na widok zdjęć zespołów Jazzowych staje się nerwowy.

Jednak to nie wszystko. Słyszałem o niewidomym człowieku, który mieszka w budynku, gdzie znajduje się Palladium i w czasie koncertu (mimo, ze w nim nie uczestniczył bezpośrednio), odzyskał wzrok. Szybko go jednak stracił na powrót.

Jako dodatkowy opiekun dzieci i wykwalifikowany organizator kolonii dla najmłodszych mogę wam powiedzieć jedno. Byłem na wielu koncertach, ale żaden nie był tak głośny jak ten. Może stałem za blisko, może wyczyściłem uszy zbyt dokładnie, wypiłem zbyt mało? Nie jestem pewien. Dość, że dźwięki, skądinąd mojego ulubionego zespołu sklejały się nieraz w wielki, niezrozumiały brzdęk. Żaden z instrumentów nie był za cicho, za to część była 2 razy za głośno. Saksofon, strunowe coś i wokal odcisnęły trwały ślad w moich bębenkach i chyba na korze mózgowej też. Przecież nie pisałbym aż takich bzdur! The Cinematic Orchestra wolę zdecydowanie w studyjnej wersji.

Ciekawostki dropsa

Zacznijmy od tego, że strasznie mi się nie chce nic tu pisać, co z resztą wprawne oko internauty może zauważyć przy odrobinie skupienia. Świetnym pomysłem w takich przypadkach jest wklejanie filmików z jutuba. Robiłem tak już wiele razy i zawsze działało. Nie ma co pisać, więc się wklei to to, to tamto i jest super notatka. Tak też postąpię i dzisiaj. A więc uwaga, uwaga wklejam:

Powyżej super filmik z jutuba, na którym nic się nie rusza i generalnie jest tylko dźwięk. Ten dźwięk to moje kolejne odkrycie muzyczne, a właściwie odkrycie muzyczne lastfma, który mi to puścił w pracy (a! apropos : mam nowy komputer w pracy i on stoi na biurku i łatwo jest podłączyć słuchawki dzięki temu). Fantomas, to jeden z kilku zespołów, w których udziela się Mike Patton ex wokalista Faith No More. Wikipedia określa to jako (żebym nie skłamał) : ,,avant-garde metal supergroup”. Bomba nie? Szybkostrzelny perkusista, wysokoobrotowi gitarzyści no i wspomniany Mike Patton. Bardzo fajne. To co widać tam na obrazku – oko w obiektywie kamery, to okładka płyty z której pochodzi ten kawałek. Płyta nosi tytuł ,,Director’s Cut” i zawiera kawałki bardzo luźno inspirowane znanymi tematami z filmów. Jest Godfather, jest Komeda, jest i to (nie oglądałem tego filmu, ale super) :

Kolejne odkrycie (powtórne, bo już wcześniej tego słuchałem) to Amon Tobin. Wklejam 2 kawałki, które szczególnie mi przypadły do gustu (szybkie, skoczne, akurat na nostalgiczne, mijające dni).

Ok. Napisałem kiedyś (nie wiem, czy na tym blogu, czy w pamiętniczku do szuflady), że lubię, jak muzyka, której słucham jakoś się ze sobą łączy. Mam na myśli na przykład taki przypadek, gdy okazuje się, że jeden wykonawca, którego lubię nagrał coś z innym, którego też lubię, albo, że chodzili razem do szkoły, albo, że mają taki sam rozmiar buta etc. Podobnie było i w przypadku dwóch wyżej wspomnianych panów. Efektu ich współpracy nie będę tu wklejał w postaci filmiku, ponieważ nie powalił mnie na kolana. Muszą się drodzy internauci zadowolić zwykłym staromodnym linkiem : link.Ok, ok, ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedna fajna rzecz, którą dziś wkleję (a potem przez rok nic, więc uwaga!) :

Otóż filmik jest fajny, bo jest na nim Feist i pacynki z Ulicy Sezamkowej. Ulica Sezamkowa była super jak mieliśmy po 7 lat (to znaczy byłaby, gdyby emitowali ją wówczas w polskiej telewizji), a Feist jest super nadal, bo jest i już. Co łączy Feist i Fantomasa? Oczywiście pierwsza litera. Odtwarzacz posortował mi mptrójki po nazwie i jedno grało po drugim. Niestety Leslie Feist nagrała tylko jedną piosenkę o nauce liczenia i to w dodatku tylko do 4, więc mam braki w edukacji. Jak by ktoś miał jakiś kawałek o 5, 6, 7, 8, to proszę o info.I tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem na jakiś czas, ponieważ rozpierająca mnie duma z powodu tej notatki, oraz inne obowiązki służbowe (o boże ale nuda…) nie pozwolą mi z pewnością napisać czegoś sensownego przez najbliższy rok. Bye.

Romet Canyon 1994-2008

A tak lubiłem ten rower… Jechałem sobie do pracy ulicą, jezdnia była mokra. Prędkość około 30 kmh. Wtem samochód kombi skręcił w lewo wymuszając pierwszeństwo, a ja walnąłem w jego przód. Poleciałem na maskę, trzepnąłem w szybę i spadłem z drugiej strony, koło drzwi kierowcy. Szyba zupełnie rozbita, zderzak pęknięty, maska porysowana. Rower jeszcze gorzej, bo zmienił geometrię. Do wyrzucenia (link).
glowka ramy zgieta

Nie wiem jak na przyszłość zapobiec takim wypadkom. Chyba po prostu nie jeździć, albo jeździć 15kmh po chodniku. Nie wiem. Samą stłuczkę pamiętam jako sekwencję obrazów i odczuć : zdziwienie (,,kiedy on się w końcu zatrzyma? zawsze się zatrzymują po środku i czekają…”), szarpnięcie + totalny wkurw już na ziemi. Jacyś przechodnie podeszli, pytali, czy nic mi nie jest i kazali spisywać kierowcę, bo ,,ja też tak miałem, nic mi nie było, a potem się okazało, że złamane w 3 miejscach…”. No więc spisujemy, deszcz pada, rower zdechły, telefon do żony, i do domciu. Za 10 dni zaczyna mi się urlop – wycieczka rowerowa na Litwę i Łotwę, a ja mam problem. I małe zadrapanie na dłoni.