Category: Uncategorized

Rejs

Budzi nas straszna ulewa. Czekamy aż przestanie padać. Kiedy przestaje, zwijamy wszystko. Ja jadę rozmienić 100 koron żeby wrzucić do puszki 40. O 1205 jest rejs wycieczkowy z Laerdal do Govensdal (mogłem pochrzanić tą nazwę). Kupujemy bilety do, i z powrotem. Ładujemy się na prom i wśród tłumu (naprawdę tłumu) zajmujemy miejsce na górnym pokładzie widokowym. Widok mamy do tyłu. Różne języki słychać wokół nas, głównie włoski. Co jakiś czas włącza się szczekaczka, która mówiąc w kilku językach objaśnia co i jak. No i mijając skały i pionowe ściany widzimy wioski do których jest dostęp tylko od morza, albo w tym a tym miejscu fiord ma 900 metrów głębokości, a to to, a to tamto. Po polsku niestety szczekaczka nie umie. Statek powolutku zostawia za sobą kolejne odnogi fiordu. Naeroyfiord, Laerdalfiorden, Aurlandfiorden. A ten największy, po którym płyniemy to Sognefiord. Jeśli ktoś chce zobaczyć trasę naszej wycieczki promem, to ruszyliśmy z Kaupanger do Gudvangen, a potem z powrotem do Kaupanger i stamtąd do Laerdal. Masa turystów zaczęła mnie szybko wkurzać, ale chyba taki już jestem, ze się szybko niecierpliwię i narzekam. Kręcili się jak smród po gaciach. Kiedy dopłynęliśmy do Gudvangen wszyscy wysiedli robiąc miejsce następnym pasażerom, a my w tym czasie zajęliśmy dogodne (najlepsze miejsca). W drugą stronę miałem świetny widok i nikt mi nie łaził. Szybko jednak zaczęło strasznie wiać i mimo dobrych chęci musieliśmy się schować w mesie, czy jak to tam. No taka wielka zatłoczona stołówka. Tam cieplutko i relaks na całego. Po 6 godzinach, czyli kolo 18 lądujemy w Laerdal. Bardzo przyjemne miasteczko do którego prowadzi Lærdalstunnelen, najdłuższy chyba w Europie tunel (niecałe 25 km w litej skale). Powinniśmy Norwegom obiecać dużo potetsalat i żeby nam wykopali metro. Przez warszawskie ubogie gleby przegryźliby się jak przez masło. Niebo pół na pół, nawet słoneczko nieśmiało wychynęło. Idziemy obadać sklep (Kiwi). Kupujemy pyszności (potetsalt, sok do wody, batony). Spotykamy tam jednego człowieka z załogi niemieckiej. Rozbili się na kempingu opodal. W Laerdal zachowała się oryginalna zabudowa z 18 wieku. Z krzykiem mew miasteczko przypominało mi Liepaję w której byliśmy rok temu (Łotwa). Tylko te góry. Domków jest w zasadzie tylko jedna aleja. Pusto i cicho, przechadzamy się wśród kolorowych domków. Każdy jeden wygląda jak mały zabyteczek. Porządek, ład, posprzątane. Kwiatuszki co 30 cm w glinianych doniczkach. W oknach widać to jakieś figurki, to jakieś bibeloty nikomu niepotrzebne, ale wprowadzające siedzącego wśród nich domownika w dobry nastrój. Zza jednego z okien rzędy starych butelek różnej wielkości i kształtu. Jakiś nie znany mi (ale bardzo sympatyczny) kawałek rolingstonsów z pobliskiego sklepu z płytami uświadamia nagle, że ktoś tu jednak jest i miasteczko nie jest wymarłe. W sklepie płyty winylowe. Zrobiło mi się tam miło. Ale ruszamy dalej. Na Aurlandsvangen, zwaną także snowvegen(?). Od samego początku mozolna wspinaczka. Na domiar złego zaczyna lać. Ale tak porządnie i po paru chwilach wszystkie ubrania na nas są mokre. Sakwy Crosso Dry jak zwykle nie puszczają ani kropelki. W końcu to milimetrowa guma. Mam dużo cięższe przełożenia niż Asia, więc czasem kiedy mnie już bolą stawy ruszam szybciej zostawiając ją z tyłu. Potem czekam. W jednym z takich miejsc, kiedy na nią czekałem, znalazłem mnóstwo poziomek. Zbieram całą garść i zjadamy razem. W końcu Asi rozwala się but (nie wiem który już raz – obydwa buty są posznurowane i podrutowane). Koniec, w tym miejscu coś musimy znaleźć (a od godziny nie było równego kawałka). Idziemy na piechotę kawałek do góry wzdłuż szosy i znajdujemy miejsce wprost przygotowane dla nas. Od szosy odchodzi ścieżka w las, kończąca się wielkim głazem i dwoma paleniskami. Widać, że ktoś już tu się rozbijał. Dostępu od szosy broni zwalona brzózka. Rozbijamy się (kropi już mniej), jemy i idziemy spaś. W namiocie Asia wylewa herbatę na śpiwór i kłócimy się, bo twierdzi, ze ją potrąciłem. Ja idę w zaparte. Ale generalnie, to się nie kłócimy. W dole grzmi rwący potok (jakby kto spuszczał wodę z tamy). Trip : 20.61, time : 2:32, avg 8.12.

Kiedy wracamy

Kochani, dzięki za komcie. Wszystko czytamy i się cieszymy okropnie. Że kot nie ma jajek wiedzą już wszyscy ;) biedny kot, ale tak to już jest. Wracamy lotem którego numer zawiera chyba “1023” ale nie jestem pewien. Będziemy w wawie 25 lipca około 9:10 na terminalu 1. Ale ale. Kochani my przecież mamy rowery i będziemy musieli na nich wrócić do domu, więc nie będziemy mogli z Wami wrócić autobiustem. Więc szkoda Waszej fatygi chyba. Spotkamy się wszyscy na piwie (lub kilku piwach). No ale ja nie mówię że nie. Kwiaty mile widziane. Żartuję. Rano padało potwornie, ale namiot nie uronił ani kropelki do środka. Asia mówi że : widziała jeża, mewy i słyszała sowę. Ok lecę podładować komórkę jeszcze raz. Buziaki. Wieczorem coś napisze.

Lodowiec

Ponieważ gwoździem programu dzisiejszego dnia ma być lodowiec Nigardsbreen, wstajemy o 7. Asia nastawiła komórkę. Jedyny autobus w okolicy to o 0920 (tak oznaczone są godziny na rozkładach) z Hasflo. Wygrzebujemy się z tych podmokłych krzaków godzinę. Trochę się przy tym kłócimy, nie jemy śniadania. Na przystanek mamy jakieś 15 minut na dół (nie rozbijamy się bowiem w widocznych miejscach mimo tego całego allemanstretten, czy jakoś tam). Na przystanku jemy chleb z serkiem. Trochę popaduje. Rowery zostawiamy koło supermarketu Spar w Hasflo za tablicą ogłoszeniową. Będą tam stać (z sakwami i całym dobytkiem przez cały dzień). W ogóle jeśli chodzi tu o przestępczość, to zastanawiam się, czy ona w ogóle istnieje. Na przykład Norwegowie uwielbiają zostawiać samochody z włączonym silnikiem (co mnie wkurza, bo śmierdzi). Podejrzewam, ze to nawyk z zimy, żeby silnik nie ostygł. Częstym widokiem tu jest samochód stojący przed sklepem z włączanym silnikiem (czyli ma kluczyki w stacyjce i czyli jest otwarty, tak dodam dla ułatwienia) przez na przykład 30 minut. Stoi i chodzi. A że jest gorąco, to dmuchawa mu się włącza i wyje i w ogóle. No więc o rowery się nie martwimy za bardzo. Mamy aparat, ciepłe ciuchy i teleobiektyw. Reszta w sakwach. Przyjeżdża jeden, chyba do Otty, a potem fjord1 do Nigardsbreen (bezpośrednio). Płacimy 190coś od osoby. Z tyłu Niemcy wesoło szprechają do siebie i cieszą się na nasz widok. Bardzo są sympatyczni ci Niemcy. Podróż trwa godzinę i droga jest zakręcona. Wiele zakrętów, autobus kluczy i wjeżdża w tunele. Asia panikuje w tunelach i każe się ściskać za rękę. W końcu na przystanku przy muzeum wszyscy wysiadają. Popełniamy błąd straszliwy i wysiadamy ze wszystkimi. W muzeum trochę zagubiony pytam jednego z niemieckich kolegów (tego który nas zaczepił pierwszy wczoraj). Okazuje się, że autobus ma jeszcze jeden przystanek wyżej i że musimy iść 5 km z buta. Spiekota się zrobiła, upal niemiłosierny, idziemy. To jest park narodowy i oczywiście jak przystało na Norwegię wyasfaltowana aleja na górę. Pokonujemy ją w około godzinę lub mniej. Dalej bierzemy łódkę przez jezioro, które powstaje chyba z lodowca, tak na chłopski rozum (30nok). Dalej spacer 15 min po wielkich kamulcach (takich w zasadzie zboczach z litego kamienia bez jednej szczeliny) idziemy w stronę jęzora. Jęzor jest w zasadzie biały, ale trochę brudny, jakby przykurzony. W szczelinach kolor przechodzi w głęboki niebieski. Ale taki naprawdę głęboki, pogłębiający jeszcze te pęknięcia i jamy. Na lodowcu małe punkciki. To wycieczki. Są 3 opcje : family walk za 200nok, to krótki (1h) spacer po lodowcu. Wszyscy dostają czekany, raki, kaski i są spięci sznurkiem. Potem są lepsze opcje, których nazw nie pamiętam, dość, że można wejść do lodowca (do jakiejś jego szczeliny) do środka. My nie skorzystaliśmy z żadnej opcji, tylko pomarudziliśmy na spodzie, pod wielką niebieskobiałoszarą ściana popękanego lodu. Z bliska to taka wielka śnieżynka lodowa. Lód jest gładki, ale spękany w środku, niejednolity. Zjedliśmy po kawałku. Asia mówi, że jej wyrośnie lodowiec w brzuchu. Nie wyprowadzam jej z błędu, niech sobie tak myśli :) Czas nas nagli o 1215 wyrusza autobus fiord1 z Nigardsbreen z powrotem. O 1235 wyrusza spod muzeum. Niestety nie zdążyliśmy na 1215 i pozostaje nam następny autobus, który jak się potem okazuje jest spod muzeum o 1700. Ale tego jeszcze nie wiemy. Wracamy na piechotę do muzeum. Tam orientujemy się w rozkładzie (albo i nie, bo rozkład jest zupełnie inny niż u nas i nic z niego nie rozumiemy). Siedzimy czekamy. Najpierw kupiliśmy po lodzie (20), potem wodę, potem jedna kolkę (25) potem kanapkę z krewetkami (mega zajebiście pyszna. 50) potem znów kolkę i znów kanapkę. Na samo żarcie poszło ponad 150). W końcu wracają i Niemcy. Narzekam im, że nic nie rozumiem z rozkładu i trochę gadamy z tym najrozmowniejszym. Potem gadamy też z szefem. Okazuje się, że oni mają wszystko obcykane dzięki niemu i nie spóźnili się na żaden autobus, wiedzieli gdzie wysiąśc etc. Szef uczy się norweskiego i jest tu w lato już 6 raz. Poza tym był kilka razy w zimie. Norwegia to jego konik. Kierowca chyba nas już rozpoznaje, bo ładowałem się do autobusu kilka razy myśląc, że odjeżdża do Hasflo (a autobus tam krąży kilka razy), jedziemy. Zaczyna padać. Ostatnio jakoś tak jest, że jak Asia powie, że “dobrze, że nie pada”, albo “żeby tylko nie padało”, to natychmiast zaczyna. Jako kapitan zabroniłem kategorycznie takiego narzekania, ale wiadomo. Kuchcik. No więc leje. Żegnamy się z Niemcami i wysiadamy w Hasflo. Rowery oczywiście są na miejscu. Kupujemy potetsalat. Mniam! Oddaję butelkę po koli 0.5 do specjalnej maszyny. Nic nie rozumiem, ale dostaję kwitek na jedną koronę. Cieszę się i żałuję po cichu, że Polska zrezygnowała ze zwrotnych butelek (ptyś, mazowszanka…). Ruszamy na południe drogą 55 w stronę Sogndal. Tam na Statoilu WC, a potem ruszany w lewo przez most w stronę Kaupanger. Zaczyna lać potwornie. Dawno tak nie przemokliśmy. W ogóle w Lom poznani Polacy polecili tani kemping w Kaupanger. Dlatego własnie tu jedziemy. Mamy nadzieję podładować komórkę, co jak wytrawny czytelnik zauważy, udało się. Wszakże ten ekran byłby biały i bez literek, czyż nie? W Kaupanger gadamy na stacji z ekspedientką. Jest bardzo pomocna. Wskazuje drogę do bankomatu, na kemping, wyjaśnia jak się dostać do Laerdal i wreszcie sprzedaje znaczki. Leje dalej. Okazuje się, że do Laerdal można jechać dalej prosto, ale przez długaśny tunel i tam rowerom wstęp-wzbron. Trzeba autobusem. Natomiast przeprawa promowa z tego co zrozumieliśmy nie działa i można się tylko i jedynie zabrać na statek wycieczkowy płynący właśnie z laerdal, przebyć całą trasę po fiordach i wrócić do Laerdal (To oczywiście nie prawda. Statek jest faktycznie wycieczkowy i faktycznie ma taką trasę jak wyżej, ale wracając znów zatrzymuje się w Kaupanger i można się wtedy zabrać do Laerdal za dużo mniejszą kwotę). Tak chcemy zrobić. Promy przypływają 4 razy dziennie, pierwszy jest 0930, drugi 1205, potem chyba koło 16 i 18. Odnajdujemy kemping. Jest niedaleko za przystanią promów. Wita wielki koślawy napis “self service” a dalej w kilku językach wyjaśnienia : można się zatrzymać, jest WC, nie ma prysznica. Poniżej są koperty, do koperty proszę wrzucić pieniądze (tu cennik. Namiot bez samochodu ni motocykla 40nok). Kopertę wrzucić do puszki obok (przybita skrzynka na listy). Na kempingu parę kamperów i samochodów z namiotami. Po krótkich oględzinach okazuje się, że w męskim przewidziano kontakt dla maszynek do golenia. Podłączam komórkę i zostawiam na 2h. Rozstawiamy namiot (kapie) myjemy się i jemy (kapie). Wreszcie zziębnięci włazimy do namiotu i opatulamy się w śpiworki. Asia już smacznie chrapie (jest za 15 2ga w nocy) a ja piszę notkę i korzystając z naładowanej baterii piszę i piszę. Cieszy mnie, że odpukać nic tu nie ginie i ludzie sobie tak ufają. Chyba dzięki temu (jestem tego pewien) lepiej się tu żyje. A na pewno sympatyczniej. Idę spać. Buziaki. Trip : 37.16, time : 2:14, avg : 16.58.

Lusterfiord

Hej. Strasznie mi się chce spać i nie chce mi się pisać :) A więc tak: Budzi nas rzęsisty deszcz. Czekamy w namiocie, bo strasznie leje. W końcu chyba koło 12 czy 11 wyłazimy. Wychodzi słońce i robi się ładna pogoda. Jesteśmy w takiej zatoczce koło drogi. Mało co nas mija. Myję garnki w fiordzie. Moczę nogi. Pisałem już, że woda mało słona? No więc mało słona. Ruszamy późno bo o 14. W ogóle późno ruszamy ostatnio. Zaraz za zakrętem następny tunel. Przed tunelem skrzynka. Namalowana latarka z rowerem. Pusta. Asia panikuje. Strasznie ją przeraża ten tunel. W dodatku jest kilometrowy. Mi się też nie uśmiecha. Gadamy do siebie żeby się słyszeć, światełka nic nie oświetlają. Jadę patrząc na pasy na jezdni metr przede mną (tam w tunelu było ciemno zupełnie. Gdybyśmy w środku wyłączyli światło, nie wiedzielibyśmy w ogóle w którą stronę iść. Dlatego te tunele są takie nieprzyjemne). Udaje się. Dalej droga do Urnes. Wąska, że z trudem mija się samochód i rower. Malownicza ze ho ho. Jak nad morzem śródziemnym, mówi Asia. Lustro wody gładkie jak stół. Jabłonie, porzeczki maliny. Owieczki czmychają na nasz widok. Mnóstwo tu tego lata samopas. W poprzek drogi ustawione są takie rury, po których samochód przejeżdża, ale zwierzęta boją się przejść. Widzimy jak owca przeskakuje to (bierze to z rozpędu). Niemcy nas doganiają. Jeden zagaduje. Kiedy dowiaduje się, że z Polski, pyta czy znamy niemiecki (z nadzieja w głosie). My ni w ząb niemieckiego. Chłopaki jadą tą trasą co my, ale 24go wylatują (czy raczej płyną promem) z powrotem. Potem jeszcze jeden tunel (500m), letni deszczyk i dojeżdżamy do Urnes. Gorąco, upał. Wdrapujemy się na rowerach do stavkirke. Opłaty są tu nawet za wejście na teren cmentarza okalającego kościół (50nok). Na dole kubeczek malin 25nok. Zakładamy tele i robimy zdjęcia zza murka. Dookoła pola malin. Jedziemy na dół do promu. Płacimy 58 NOK. Prom mniejszy niż ten poprzedni. Załoga rokendrolowa. Dziewczyna z kolczykami i tatuażami, koleś z żółtym tipsem na wskazującym palcu. Dopływamy do Solvorn. Bardzo miła miejscowość malutka. 3km do góry. W prawo w stronę Lom do Hasflo. W sklepie w Hasflo kupujemy mniam mniam potetsalat. Zjadamy przed sklepem. Pytam o autobus na lodowiec Nigardsbreen. Autobus jest rano, a teraz jest 20 wieczór! Szukamy kempingu bo bateria. Błądzimy po Hasflo. Odsyłają do innego. Na tym drugim wykupione wszystko, nie pozwalają. Asia traci humor tą całą sytuacją… w końcu 2 lub 3 km za Hasflo rozbijamy się na dzikusa w krzakach (czyli standardowo po naszemu). Mokro i nierówno, najgorszy nocleg do tej pory (najbrzydszy i najmniej wygodny). Bateria już na czerwonym polu i wyskoczyło ostrzeżenie. Jeśli jutro nie znajdę prądu, to nie będzie relacji, więc się nie martwcie. Żyjemy. Buziaki i dzięki za komcie!!!! Trip : 44.93, time 3:41, avg 12.15.

Dzień 10

Słoneczko od rana. Jak już pisałem, nocowaliśmy na miejscu zagospodarowanym dla turystów. Było WC, było mnóstwo ławeczek, mapka etc. W ogoóe tutaj, kiedy przygotowują jakąś trasę dla turystów to jest full wypas. U nas tez bywa fajnie : wiatka, ławeczka, czy oznaczony szlak. Ale tutaj mamy w szczerym polu, w górach kibel z baterią słoneczną na dachu, w środku wszystko ma fotokomórkę. Dookoła barierki, wybetonowany punkt widokowy, zdjęcia, mapy etc. Dziś widzieliśmy też takie 2 wielkie obrotowe divajsy, które pokazują co to za góra i ile ma metrów wysokości. To chyba tylko na zdjęciach będę mógł pokazać. Niesamowite. Obok nas zaparkowała skoda. Myśleliśmy z początku, że to Norwedzy i się cieszyliśmy, że to pierwsi Norwedzy bez przyczepy I na dziko jak my. Rano okazało się, że to Czesi, którzy tez myśleli, że jesteśmy Norwegami. Pogadaliśmy sobie serdecznie (my po polsku, oni po czesku) i było zabawnie. W ogóle sporo tu Czechów. Ruszamy dalej trasa numer 55. Dolina Leirdallen. Pniemy się do góry. Słonko piękne, Asia nawet się posmarowała kremem. Dogania nas 4ka Niemców też z sakwami. Postój koło schroniska Jotunheimen fiellstue. Potem koło schroniska Krossbu (albo sognefiellshytta). Pogoda zaczyna się psuć. Jedziemy dalej. Krajobraz już naprawdę alpejski. Same skały, dużo śniegu. Widać też lodowiec Smorstabbreen. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy lodowiec! Wreszcie dojeżdżamy na najwyższy punkt tego dnia i najwyższy na jaki wjechaliśmy na kołach : 1434m. Zdjęcia zdjęcia i zaczynamy zjeżdżać. Ubrani jesteśmy już od dłuższego czasu we wszystkie ciepłe rzeczy (no ja mam krótkie spodenki). Kominiarki, rękawice zimowe, kaski, kurtki bluzy etc. Wieje i zimno i pochmurno. Koło zwałów śniegu zdjęcia. Zjazd szybki, rekord 71 km/h (w matizie to by było 80 łał). Po obu stronach szosy tyczki, dzięki którym w zimie wiadomo w ogóle gdzie jest droga. Posępne te tyczki. im niżej, tym więcej roślinek. Dalej droga 55. Najszybszy i najdłuższy zjazd ever. Pół godziny nonstop 50, 60 kmh. Felga parzy. Dojeżdżamy do Skjolden. Tablica, że Wittgenstein tu mieszkał sobie i pisał. Widzimy fiord Lustrafiorden, skręcamy na Urnes w wąską szosę. Tunel. Nieoświetlony. Asia panikuje. Musimy zawracać, bo za ciemno. Wyjmujemy wszystkie latarki czołówki, etc. Wjeżdżamy drugi raz. Straszno. Goła skała od środka, prawdziwe wnętrze góry. Ściany nie są gładkie jak beton, ale surowe i krzywe jak skały na zewnątrz. Za nami nagle samochód. Miga do nas długimi, rozumiemy, że chce nam pomóc. Toczy się za nami cierpliwie całą drogę i oświetla to co przed nami. Przy wyjeździe pokazuję mu kciuk. Pada. Rozbijamy się niedaleko za tunelem. Jemy górę makaronu z soją i fasolką. Pycha. Trip : 62.68, time : 4:32, avg : 13.81.

Dzień 9

Chyba dzień 9, już straciłem rachubę. Wstajemy. Asia o 9:30, a ja później, bo bylem strasznie śpiący. Śniło mi się, że olimpiada była w Warszawie. Wyruszamy koło 12 i jedziemy dalej w stronę Lom trasą nr. 15. Pogoda piękna, mieliście rację. Trasa wiedzie spokojnie w dół, w około coraz wyższe góry. Generalnie jazda trochę nudna, ale gnamy całkiem szybko. Zatrzymujemy się raz czy 2 na odpoczyn. Na stacji Statoil kupujemy batoniki (po 20, o 8 drożej niż w Kiwi) i ja kupuję hot-doga (48 NOK), o którego Asia jest trochę zła, bo też jest głodna, a nie ma nic dla wegetarian. Ruszamy dalej i dojeżdżamy do Lom. Tam podziwiamy kościół z 13 wieku, tzw. Stavkirke. Jakiś pan bacznie się przygląda rowerom. Po chwili pyta : “Polacy?”. Poznał po krosie. Po chwili z żoną opowiadają co i jak w okolicy i mówią o tanim kempingu w Kaupanger. Może tam mi się uda naładować telefon, ale nie wiem. Jak na razie mam pół baterii, wiec szybko się wyczerpie. Kościółek fantastyczny. Zdobiony głowami smokow i w ogóle wygląda jak wyjęty z epoki wikingów (no bo jest z niej wyjęty). Pachnie kadzidłem (z zewnątrz :). Idziemy do sklepu (Coop) robimy zakupy jedzeniowe największe jak do tej pory. Tuńczyk w sosie własnym 8.50, 4 jabłka 11.42, marchewka z groszkiem w puszce 10.50, sok do wody ok 30. Super sałatka ziemniaczana za 26. Serek 16.50 (tyci serek). Kupiłem tez sok do wody (23.50). Z tą sałatką, to przeczytaliśmy też w innej relacji, że jest tania i dobra. Mamy cały kilogram. Płacimy kartą i działa. Potem w Kiwi szukamy white spiritu, naszego super paliwa do kuchenki, ale jest tylko podpałka do grilla, której nie chcę lać, bo się boję, że się dysza zapcha. Na stacji Esso znajduję za 29 NOK 1 litr, podczas gdy na Statoilu wcześniej było 69 NOK za litr. Ruszamy na trasę 55 z Lom, oznaczoną takim śmiesznym znakiem. Pewnie jakaś ważna turystyczna. Dolina Boverdalen. Teraz jesteśmy na skraju Elveseter (moglem pokićkać coś). Minęliśmy też pomnik w Elveseter. Trochę to się nie składa, ale Asia mi tak dyktuje. Dość, że otaczają nas góry po 1800, 1900 metrów, a jutro zobaczymy najwyższe szczyty Norwegii. Są to góry Jotunheimen. Nocujemy teraz na pięknym niby kempingu. Jest tu kibelek z ciepłą wodą (wszystko na fotokomórkę) i mnóstwo stoliczków. Obok rwący potok z zabarwioną na szaro woda. Huczy niemiłosiernie. Tak tan hałas jest monotonny, ze zaczynam przez niego słyszeć inne dźwięki. Grzmoty burzy, lawiny, silnik samochodu. A to tylko ten potok. Bzy tu kwitną. trip : 77.05km, time 4:15, avg : 18.08

Odp. Do komci

Dzięki za komcie! Kopczyków masa i wszędzie. Asia zrobiła dziś kopczyk na kupie, żeby ją zamaskować. Teraz tłumaczy się, że nie było wc, ani drzewek itp. Z kubkiem nie obiecuję, ale postaramy się. Mama : sorry, że Ci zepsułem internet. Buziaki.

Dupa-szita

Zacznę może od czegoś innego, czyli o żarciu, bo tak mi się przypomniało. A wiec na 3 tygodnie wzięliśmy komplet travellunchy dla 2 osób na 6 dni i jak pisałem jemy je kiedy mamy już naprawdę dosyć, leje wieje i poniewiera. Kiedy zaś pogoda lepsza, stosujemy wikt jaki podpatrzyliśmy na Słowacji u Zu i Pitera i ich przyjaciół. Makaron lub kus-kus to węglowodany. Do tego białko w postaci soi (granulat) lub tuńczyka w puszce. Do tego fix knorra, czy jakiś inny sosik. Przyprawy i łyżka oliwy z oliwek (wozimy ze sobą). Mamy tez dużo kiśli i budyńków instant i muszę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie bez nich dnia naszej wycieczki. Jakoś tak to jest, że jak człowiek nie ma rarytasów, które są w domu, to zwykły kisiel urasta do rangi pysznego deseru. Podobnie jest z izostarem. Mamy 3 fiolki musującego izostara, czyli 30 tablet. Powoli się już kończą… Zupki chińskie to wiadomo. Do tego czasem kupujemy tu chleb, ale większych zakupów jedzeniowych nie robiliśmy. Ok. Taka dygresja jedzeniowa była. Budzi nas gorąco. Świeci wreszcie słońce! W ogóle w nocy wiało tak, że namiot trzepotał (ale w śpiworach było cieplutko), a rano się rozpogodziło. Zobaczyliśmy szczyty, które nas otaczają (wszystko w śniegu) i jezioro. Asia strasznie chciała wrócić “ze dwa zakręty”, żeby zobaczyć największe jezioro, to nad którym jest schronisko. Widać było, że martwi się, że nie zobaczyliśmy wczoraj ani kawałka. W ten sposób cofnęliśmy się 8.5 km pod lekką górkę z powrotem do schroniska, które ma tak dziwną nazwę, że musiałem ją spolszczyć : dupa-szita. Zostawiamy rowery koło schroniska i drapiemy się na szczyt Dalsnibba. Przedtem marudziliśmy jeszcze koło jeziora obfotografując dryfującą po nim krę. Na szczyt Dalsnibba mają wjazd samochody, bo sprytny Norweg zrobił drogę na górę. Wjazd kosztuje kilkadziesiąt NOK, ale piechur gwiżdże na to, bo ma za darmo. Mnóstwo ludzi i samochodów (kamperów, autokarów, co chcecie) pnie się na szczyt. Czesi robią skrót i lezą po skałach, przegapiając rodzinę reniferów. Tata renifer strzeże swojej rodzinki, która chłodzi się na śniegu. Na szczyt docieramy chyba po godzinie (5km) I czekamy, aż chmura łaskawie zabierze swoje blade cielsko i odsłoni widok. Szczęśliwie udaje nam się zrobić zdjęcie fiordu i otaczających nas szczytów (jesteśmy na 1500 mnpm). Wracamy na dół i wio z powrotem trzeci raz tą samą drogą. Dalej, na skrzyżowaniu koło którego nocowaliśmy, skręcamy w lewo na Ottę. Wieje niemiłosiernie w twarz. Dolina szeroka, szczyty niskie, gdzieniegdzie w śniegu. Po prawej jezioro, które przechodzi w rzekę. Przegapiliśmy Grotli I jedziemy dalej. Kolo 19 zatrzymujemy się żeby odpocząć, ale miejsce na tyle nam się podoba, że zostajemy tu na noc. Rozbijamy namiot nad rzeką Otta(?). Jedzenie. Umyliśmy się w lodowatej wodzie (z gór z rozpuszczającego się śniegu!) I popraliśmy rzeczy. Aha. Czesi na szczycie pili piwo i mi się zachciało strasznie. Tęsknimy, buziaki. Trip : 48.11 (+10 per pedes), time 2:26, avg : 19.64

Droga Orłów

Ruszamy dziś wyjątkowo późno bo o 15. Wdrapujemy się jeszcze kawałeczek, a potem na szczycie punkt widokowy na fiord Geiranger. Niestety mnóstwo chmur. Aha, pogoda bez zmian, brzydkawo i często pada. Jesteśmy na wysokości 620 mnpm, przed nami zjazd droga orłów. Na dole zacumowany ogromny okręt pasażerski (Crown Princess się nazywał). Zostawiam Asię i zjeżdżam na łeb na szyję. Uważam, że tak oszczędzam klocki, ale to chyba nieprawda. Wyprzedzam 3 samochody. Z 620 do 0 w kilkanaście minut. Super. Czekam nad fiordem na Asie. Tu krajobraz nie może się zdecydować, czy chce być morzem czy górami i jest i tym, i tym. Polacy wędkują i są głośni, ale sympatyczni. Jeszcze na górze robiliśmy zdjęcia teleobiektywem z punktu widokowego. Bardzo to fajnie urządzone jest. Po drugiej stronie, na szczytach gór widać opuszczone chatynki. Podobno do lat 60tych ktoś tam mieszkał. Teraz to jest atrakcja turystyczna. Jemy jumki na dole i czekamy aż statek coś zrobi. Trochę to trwało. Wtem wystrzały, widocznie jakiś sygnał i statek rusza. Kiedy zawył syreną, czuliśmy to w kiszkach. Echo pobrzmiewało w całym fiordzie dobre kilka sekund. Jest późno, bo strasznie się wleczemy i robimy dużo zdjęć. Chyba po 19 wyruszamy z miasteczka Geiranger na górę. Przed nami droga (tez się jakoś pewnie nazywa, ale nie pamiętam jak), która pnie się 1000 m do góry. Wspinaczka zajmuje nam mnóstwo czasu. Pogoda brzydka nadal. Na wysokości ok 800 chmury są już tak gęste, że widać na parę metrów. Zimno strasznie, wiatr. Ja trochę mam dosyć, warczymy na siebie. Dojeżdżamy na szczyt 1030m, koło schroniska nad jeziorem Djupvatnet robimy postój. Oczywiście nic nie widać. Nad nami gdzieś szczyt Dalsnibba. Jest po 23. Chcieliśmy wdrapać się następnego dnia na Dalsnibba, ale olewamy, bo jest strasznie zimno. Ruszamy na dół. W jeziorze pływają mini góry lodowe (tak to przynajmniej wygląda w tej mgle). Dookoła drogi tylko kamienie i śnieg. I kopczyki. Nie wiem czy pisałem, ale tu jest zwyczaj układania kopczyków. Są ich tysiące (w tym jeden nasz za Trollstigen). Nie wiem po co one są? Może społeczny czyn zmniejszania entropii? Jedziemy na dół, tam gdzie trasa 63 łączy się z 15. Rozbijamy się na parkingu obok. Jest ciemno i zimno. Obok nas jezioro Laegervatna. Nagle przeciągłe dudnienie. To mini lawina zeszła opodal (bardziej opodal mamo). Jemy dziś travellunche (dopiero drugi raz) bo mamy je na sytuacje ekstremalne. Mamy nadzieję, że będzie jutro coś widać. Motocykliści do nas machają (? teraz sobie nie przypominam, żeby po północy jacyś motocykliści do nas machali ?). Śpimy na 900m. Wieje. Czapy śniegowe zalegają na stokach powyżej nas. Z bliska wyglądają jak ociosane wielkim dłutem. Trip : 45, time : 4:38, avg : 9.81.