Category: Uncategorized

Zdjęcia z Norwegii

Jestem niedobry i brzydki i zaniedbałem blogaska okropnie. Spotkała mnie z tego powodu zasłużona reprymenda. Otóż w galerii są już od jakiegoś czasu zdjęcia z Norwegii (o czym nie napisałem do tej pory!). Można je oglądać tu : zdjęcia. Nie opisałem też ostatniego dnia, tj. co się działo na lotnisku w (koło) Oslo i co się działo po wylądowaniu. Nie działo się w prawdzie wiele, ale to, że nie napisałem kto po nas wyszedł na lotnisko, to już z mojej strony poważne uchybienie. No więc niniejszym oświadczam, że ku naszej uciesze Zuzia, Piotrek i Karolinka powitali nas na Okęciu. Mieli tekturkę z naszymi imionami, tak, żebyśmy mogli ich odnaleźć i paść im w ramiona i tak by się pewnie stało, gdyby czekali na nas na terminalu 1, a nie 2. No ale szczęśliwie się odnaleźliśmy, a tekturka jest przyklejona na drzwiach u nas (no na drzwiach w kibelku, ale to jest bardzo ważne miejsce!). Chwała Wam za ciepłe powitanie w Polsce! PS. Do Norwegii jeszcze wrócimy i może by tak w większym gronie?!!!

Museet, dzien 2

Dziś zrobiliśmy sobie dzień muzealny numer 2. Ponieważ kemping mamy tylko do 14, postanawiamy szybko wykorzystać karty na prysznic, zjeść coś i ruszyć w miasto. Kiedy faktycznie wyruszamy, jest coś koło 13, czy może nawet później. Trochę nam smutno, że to ostatni dzień. Mi się szczerze mówiąc nie chce wierzyć, że to już koniec. Ruszamy do centrum, drogę mamy już obcykaną (a nie jest wcale taka prosta). Rowery przypięliśmy w najruchliwszym prawie miejscu, do barierki, przy porcie kolo City Hall. Obok kołyszą się kutry rybackie, z których można kupić bezpośrednio ryby i krewetki. Nie wiem, czy to taki zabieg marketingowy, czy faktycznie są to świeżo złowione owoce morza. Wygląda to zachęcająco. Gdzie kupić ryby, jak nie u rybaka. Ja martwię się o rowery, w końcu zostają w centrum z sakwami, przypięte lichą zapinką z Tesco. Asia uspokaja “bedzie dobsz”. Zabieramy najcenniejsze rzeczy. Ten oto telefon i obiektyw i aparat. Asia każe teraz napisać, że mamy mieszane uczucia, że smutno wyjeżdżać. Z drugiej strony tęsknimy za Polską.
Do muzeum Muncha chcemy dojechać metrem asia prowadzi i wygląda na to, że wie gdzie iść. Idziemy przez miasto. Ludzi zatrzęsienie na każdej ulicy. Przechadzają się wśród tej architektury i wygląda na to, że się im nie spieszy i są wyluzowani. Oczywiście mnóstwo turystów, ale muszą być przecież też i tubylcy. Ludzie przechodzą swobodnie na drugą stronę ulicy, światła, czerwone, czy zielone to tylko sugestie. Jedna dziewczyna obok mnie wlazła prawie pod autobus. Kierowca chyba był przyzwyczajony, bo nawet się nie skrzywił, tylko zrobił minę w stylu “a nie mówiłem?”. Mnóstwo ludzi ciemnoskórych i azjatów. Hindusi, afrykańczycy, niektórzy czarni jak kawa (bez mleka). Tramwaje i autobusy mają własny pas, rowery inny, wszystko jakoś jedzie i sobie nie przeszkadza mimo pozornego chaosu. Nie wiem, może tu nad nimi ktoś czuwa? w stylu Szwecji, gdzie podatki sięgają 60%, a państwo ingeruje w każdą sferę życia obywateli? Metro tutaj w Oslo ma 6 linii. Mniej niż w Moskwie, ale więcej niż u nas co?Do muzeum Muncha pasuje nam każda linia. W wagonikach są kosze na śmieci i przejścia, tak że wygląda to jak jeden długi wagon. Wysiadamy na stacji Tojen. Do muzeum jest stąd około 10 minut na piechotę. Oczywiście obchodzimy budynek dookoła zamiast pójść od razu do wejścia. W muzeum bramki, kamery I mnóstwo zabezpieczeń. Bilet skanuje się przy wejściu i dopiero wtedy bramka się otwiera. Krzyk I Madonnę (chyba, w każdym razie jedną z Madonn) ukradziono, ale po iluś latach znów można ja oglądać. Wracamy do centrum. Zauważyłem, że koło dworca kręci się sporo ćpunów. Jakichś takich wychudzonych młodych ludzi bladych jak ściana. Rowery są na miejscu, sakwy też. Ruszamy do muzeum Ibsena. Tam niestety okazuje się, że zwiedzanie samego mieszkania jest możliwe tylko z przewodnikiem (który przychodzi o równej godzinie – nie chcąc czekać…) Zadowalamy się ekspozycją dostępną dla każdego i ruszamy dalej. Asia jest trochę niepocieszona. Ja robię się strasznie głodny i zły. Po drodze zahaczamy o burgerkinga. Zjadam 2 hambuki “nice price” za 14 Nok. Nic w nich prawie nie ma. Mniam. Przypinamy znów rowery (3ci raz) i ruszamy zwiedzać City Hall, czyli ratusz. Wejście jest w dodatku za free. Rozkopane, na zewnątrz remont. Zza ogrodzenia słychać :”janek!, jaaaanek, wiesiek nooo!”. To widać polscy robotnicy tu pracują. Wnętrze robi wrażenie wielkością. Wygląda na to, że urzędnicy siedzą w tych 2 wieżach, a dół zajmuje kilka sal ogromnych rozmiarów. Każda sala ma na ścianach niesamowite malowidła. Naprawdę niesamowite, bo są ogromne, strasznie kolorowe i stylem przypominają komiks, czy może dziecięce rysunki. Nie mówię, że są brzydkie, po prostu nigdy nie widziałem czegoś takiego, w takim miejscu. Calość stylem nie przypomina mi niczego, co widziałem do tej pory. No może pałac kultury, ale jednak sporo detali w dużo lepszym guście. Zwłaszcza zdobienia drzwi, okien i meble. Tu wręczają pokojową nagrodę nobla. O 18 ratusz jest zamykany,więc musieliśmy się wynieść. Obok znajduje się parę sklepów z pamiątkami z Norwegii, w których kupiliśmy parę bibelotów. Ekspedientki sklepów rozmawiały po rosyjsku, na ulicy tez słychać różne języki, czasem też polski. Siadamy jeszcze raz na placu przed ratuszem i odpoczywamy. Ja wyciągam komórkę i piszę posta. Tłoczno i gwarno, żebracy żebrzą, ktoś gra na saksofonie jakieś “ala bałkańskie” kawałki, ktoś bębni, ktoś udaje pomnik i poruszy się za opłatą. Zbliża się koniec pobytu w Oslo, kierujemy się w stronę dworca. Po drodze zbaczamy na Akershus Castle. Potem już na dworzec z przerwą na 3ciego już “nice price hamburgera” tego dnia. Na dworcu przypinamy rowery do barierki i idziemy po bułki do Rimi. Potem kupujemy bilety na pociąg do Gardemonen (po 125 nok za osobę i rower, ale z Oslo passem). Gardemonen, czyli lotnisko nie jest tak blisko jak Okęcie, ale 50 km od Oslo. Moglibyśmy się tam jakoś dotelepać, ale ja nalegałem, żebyśmy jednak wzięli pociąg. Bałem się, że się gdzieś po drodze po ciemku pogubimy, spadnie deszcz i będzie stres, że nie zdążymy na samolot (a odprawa zaczyna się chyba o 5). Także teraz siedzę sobie z asią w ciepłym pociągu (tzw lokalnym NSB) i relaksuję się pisząc notkę. Może ją niedługo wyślę. Napisze tak dla potomnych o sposobach podróżowania z Oslo na lotnisko Gardemonen z rowerami. Niestety, nie wiem jak się tam dostać na kołach, z resztą poznani Norwegowie raczej to odradzali, a wierzymy im po tym, co widzieliśmy przy  wjeżdżaniu do Oslo. Tak więc można pojechać pociągiem i są 3 różne. Wszystkie odchodzą z głównej stacji w Oslo. Pociągi NSB są lokalne i regionalne. Bilet za dorosłego w 2009 to 102 korony. Rower jedzie za połowę dorosłego. Podobnie jest z NSB regionalnym, ale ten jedzie szybciej i ma inną stację końcową(regionalny do Lilehamer, a lokalny do Eidsvol). Druga opcja to Airport Express Train. Te jeżdzą bardzo szybko, bo tylko 20 min (lokalny ok 40). Bilet kosztuje 170 nok, nie ma zniżki z Oslo Passem. Jednak w expresie rowery są za darmo. Express jeździ co 20 minut, NSB co 1 lub 2h. Jest jeszcze Airport Express Bus, ale tam nie można wozić rowerów. No i to chyba tyle. Jedziemy właśnie lokalnym pociągiem no i po 1. Wagon jest piękny i nowy, i pachnący. Sunie cicho po szynach, nic nie jest zniszczone. U nas wszystko byłoby powyrywane! Jedzie bardzo szybko. Z Olso jedzie się 10 minut tunelem. Fascynujące.
Ok jesteśmy na lotnisku i ja się pokładam na ławce. Musimy jeszcze wylać naftę uprzednio zrobiwszy sobie herbę i travellunch. Więc chyba koniec notki będzie. Buziaki. Trip 14.39, time 1:24, avg 10.17

Museet dzien 1

Witam. W zasadzie, to dziś widzieliśmy tyle, że wydaje mi się, że to były 2 dni. Jesteśmy teraz na Ekberg Camping, skąd roztacza się piękny widok na Oslo, to znaczy roztaczałby się gdyby nie drzewa, więc trochę ubarwiam. Ale po drodze jest miejsce bez drzew, gdzie spotkać można ludzi z kempingu robiących zdjęcia. Panorama, zwłaszcza nocą jest naprawdę przyjemna. Jakoś tak ciemno się zrobiło teraz i nie przypomina to naszych białych nocy 2 tygodnie temu w okolicach Trollstigen. Czołówki się jednak przydają. Ale ja nie o tym. Rano wstajemy i pakujemy manatki. Robimy sobie z Johnem pamiątkowe zdjęcie i wytaczamy się przed dom. Żegnamy się i po chwili podążamy podług wskazówek z kartki. Idzie nieźle. Na przystankach (a to są przedmieścia, jesteśmy ok 20km od centrum) świecą się tablicą, które pokazują za ile minut będzie autobus. Wtem, na jednej że ścieżek dogania nas zmęczony rowerzysta. Zagaduje skąd jesteśmy, od tej pory jedziemy już z nim. Oferuje pomoc w dotarciu do centrum, bo tam pracuje i od pewnego momentu pokaże nam gdzie dalej mamy sami jechać. Wygląda na zapalonego maniaka rowerzystę, z reszta należy do norweskiego stowarzyszenia cyklistów. Może to nawet jakiś rowerowy aktywista? Z rozmowy wynika, że dalsze podróże rowerowe odbywa więcej niż raz do roku i nie ominął też polski. Tłumaczył gdzie był, ale niestety nie złapałem wszystkich nazw. Głównie pomorze. W połowie drogi zmienia plany i ponieważ jak się wyraził “sam jest swoim szefem” i postanowił zaprowadzić nas dokładnie pod dworzec, a po drodze pokazać kilka najważniejszych miejsc. Tak więc przejechaliśmy z nim przez park Vigelanda z setkami rzeźb, potem przez dziedziniec pałacu królewskiego, a na koniec przez główny deptak Oslo Karl Johans Gate. Bardzo nam to pomogło i bardzo doceniamy pomoc, której i tak już wiele doświadczyliśmy. Centrum Oslo to zabudowa głównie z XVIII i XIX wieku, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jest to duży obszar, także można sobie przyjemnie pobłądzić wśród kolorowych kamieniczek. Dużo scieżek rowerowych (mamy nawet ich plan od Johna), często wyznaczony jest specjalny wąski pas dla rowerów. Proste i skuteczne. Kolo dworca, w przeszklonej wieży znajduje się informacja turystyczna z numerkami jak na poczcie wypytywaliśmy się tam kilka razy a to o dojazd na lotnisko, a to o ceny biletów. Kupiliśmy tam też dwie karty Oslo pass. Jedna za 320 nok. Podliczyliśmy wcześniej ceny wstępu do muzeów i wyszło nam, że się opłaca. Uzbrojeni w Oslo pass ruszyliśmy na poszukiwanie Ekberg Campingu. Nie było to takie proste, bo trochę to Oslo jest pokręcone jak dla mnie. Ale myślę, że w Warszawie też nie jest łatwo turyście. Koniec języka za przewodnika i udało się. Jakoś dojechaliśmy. Kemping ogromny. Uiszczamy opłatę za namiot (175) do tego 2 x 10 Nok za prysznic. Rozbijamy się szybko. Kanapki, rzeczy do namiotu. Z lekkimi rowerami ruszany w miasto (czy na miasto jak kto woli). Zaczęliśmy szukać ścieżki na półwysep Bygdoy, ale po drodze znaleźliśmy się na przystani koło City Hall(przyp red. I kto by pomyślał, że Obama kilka miesięcy później dostanie tu Pokojową Nagrodę Nobla – Czytelniku! Pamiętaj! my tam byliśmy przed Nim), czyli tam gdzie wręcza się Pokojowe Nagrody Nobla (o ile nie pokręciłem czegoś). Na wikipedii widać go na zdjęciu pod hasłem Oslo, czy Norwegia (chyba na angielskiej). Przypinamy rowery obok innych i wsiadamy na łódkę 91. Tu dostajemy stempel do Oslo pass. Od teraz są ważne przez 48h. Po 10 minutach jesteśmy na miejscu. Ruszamy do muzeum łodzi wikingów. Pogoda super. Dla 3 łodzi wygrzebanych spod ziemi wybudowano ogromny budynek, żeby pomieścić je i tych wszystkich turystów. Łodzie super i szczerze mówiąc, myślałem, że są mniejsze. Są ogromne i robią wrażenie. Prócz 3 łodzi mnóstwo drobiazgów, zdaje się że znalezionych w tych grobowcach co łodzie. Po godzinie lub troszkę więcej, gnamy do następnego muzeum. Fram museet, to muzeum wybudowane wokół statku Fram. Na zdjęciach wyglądało to tak, że ogromny parowiec (no żaglowo-parowiec, czy jak to tam). Wyciągnięto na brzeg, a dookoła niego wybudowano ogromny trójkątny budynek. Można łazić w środku po kilku kondygnacjach, na których są ekspozycje dot. Wypraw norwegów na biegun, Grenlandie I ogólnie zdobywanie niezdobytego (I zimnego). Na tym statku Amundsen zdobył biegun południowy (ale kiedy dopłynął, to jeszcze musiał sporo przejść, a w tym czasie, jego rywal Scott zamarzł gdzieś tam na śmierć biedak). Do statku można wejść, pomieszczenia są pięknie zachowane, z głośników słychać dźwięki jak na statku. Mnóstwo sympatycznych bibelotów z codziennego życia załogi etc. Muzeum Fram podobało nam się najbardziej zaraz po skansenie. Teraz uderzamy do pobliskiego muzeum “Kon-tiki” poświęconego norweskiemu odkrywcy o imieniu : Thor Heyerdahl. Dość odważnie poczynał sobie ten pan na otwartych wodach Pacyfiku. Postanowił udowodnić, że dla starożytnych Pacyfik wcale nie był wielką przeszkodą i mogli się przemieszczać z jednego kontynentu na drugi. Jeśli, oczywiście, bardzo im zależało. Budował łodzie techniką z epoki, a następnie wypływał nią w ocean. Gdy udawało mu się dopłynąć do celu, miał silny argument popierający jego tezy. Jego dokument zdobył Oskara, jedynego jak dotąd dla Norwegii. Dalej odwiedziliśmy muzeum morskie, czy raczej muzeum żeglugi. Tu moja uwagę przykuło mnóstwo modeli statków i stateczków. Bardzo śliczne. No a na koniec zostawiliśmy sobie skansen. Folk Museet, czy jakoś tak. Polecał je zarówno John, jak i nasz przewodnik i mieli całkowitą rację. Fantastyczne miejsce, niepowtarzalny klimat. Nie dość, że można się przespacerować ulicami dawnego miasteczka, czy wioski, to prawie wszędzie można wejść, wszystko jest urządzone, a gdzieniegdzie, można zastać nawet mieszkańców. Wygląda to tak, że jest na przykład sklepik z około 1900 roku. Tam za ladą siedzi (młoda) ekspedientka i można ją o wszystko wypytać, ale też kupić coś “ala” z epoki. My kupiliśmy głównie słodycze, które głównie ja potem wciągnąłem. W jednym z domków zastaliśmy dziewczynę, która piekła chleb i parzyła kawę dla gości. Kawa strasznie mi smakowała. Oj. Fajnie się z nią gadało i była bardzo mila. Chyba nawet mamy jej zdjęcie. W innym domku dziewczyna gra na drumli i uczy emerytów, w Stavkyrkje siedzi duchowny (?) I też można go wypytać. W zagrodach zwierzaki, na krzaczkach porzeczki. Odwiedzających w sumie niewiele. To wszystko sprawiło, że czułem się trochę jak w grze. Zwłaszcza w starych grach, wszystkie te miasta były takie jakby wymarłe. Zbyt duża liczba NPCów nie zdarzyłaby się wyrenderować i zatkałaby procesor. Tu też. Pusto pusto, ale nagle gdzieś wchodzisz, a tu ni z gruszki ni z pietruszki samotna dziewczyna mieli kawę etc. Ogólnie, skansen na wieeelki +. Kolo 19 ruszamy z powrotem na przystanek lodzi. Wracamy do rowerów. Potem kręcimy się jeszcze koło informacji i po dworcu. Dowiadujemy się dokładnie o ceny biletów na pociąg z Oslo na lotnisko i co i jak z rowerami. Postanawiamy zakończyć dzień wizytą w parku Vigelanda. Na głównym deptaku zauważam rowerzystę z sakwami crosso. Zagaduję i oczywiście, że Polak. Gadamy trochę, śmiejemy się i już wszyscy w 3 jedziemy do parku. Udaje się go znalezć (nie) bez kłopotu, asia prowadzi, zuch(!). W parku mnóstwo zdjęć. Potem nasz nowy znajomy, Paweł, proponuje, żebyśmy zobaczyli Opera House, gdzieś blisko stacji. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to opera. Trafiamy tam, a tu budynek biały jak pasta do zębów. W dodatku zbudowany przedziwnie, otulony ogromnymi białymi płaszczyznami, po których można wjechać na sam szczyt. To tak jakby jeździć na rowerze po fasadzie budynku. Niesamowite. Robi się późno, 23. Żegnamy się i zmykamy na kemping. Paweł musi gdzieś przeczekać do 6, bo ma pociąg do Bergen. 3mamy kciuki za niego. No a na kempingu travel lancze i ta przydługa relacja. Buziaki. Trip 55.10, time 4:09, avg 13.27

John

Hej. Pozdrawiam Was z ciepłego norweskiego mieszkanka, do którego zaprosił nas John. Ale od początku. Wstajemy rano i witamy się z niemieckim kolegą. Robimy mu jeszcze raz herbaty, a potem on jedzie w sobie tylko znanym kierunku. Pogoda jest wspaniała, troszkę tylko chmurek. Dzięki temu namiot nam wysechł i reszta rzeczy tez trochę. Przyjemnie było zwinąć w końcu suchy namiot. Ruszamy dalej wzdłuż jeziora, czy może fiordu (już sam nie wiem) o nazwie Tyrifjorden. Dość, że podążaliśmy trasą 287, która na początku miała strasznie złą nawierzchnię, nawet jak na polskie standardy. Zaczęło padać. Niestety padało już do końca dnia, a wiec od około 14 do końca byliśmy mokrzy. Asia twierdzi, że przed Sylling były jakieś ładne widoki. Nawet jakieś zdjęcia robiła, ale ja byłem przemoczony totalnie i zły na tą całą głupią pogodę i wpatrywałem się tylko w szosę metr przede mną. W Sylling kupiliśmy potetsalad. Dosyć paskudna wiocha, dużo pól z truskawkami, straszą napisy “no work”. Skoro no work, to jedziemy dalej. Wjeżdżamy na 284. Po drodze znajdujemy wiatkę, gdzie jest w miarę sucho, więc zżeramy potetsalad i dużo ciasteczek x-tra (ja pomagam wielkiemu ślimakowi bez skorupki wdrapać się do pudełka z truskawkami, które ktoś wyrzucił do śmietnika). W końcu 284 dochodzi do E16. Cali pełni obaw o ścieżkę rowerową wjeżdżamy na górę. Początkowo jedziemy E16, ale szybko znajduje się ścieżka. No i zaczyna się koszmar. Już nie pada, tylko zaczyna lać. Ścieżka bawi się z nami w chowanego. To znika, to rozdwaja się, to znów czmycha w las żeby zamienić się w błotnistą dróżkę. Jesteśmy jakieś 20 km od Oslo. Kiedy kolejny raz nie wiemy gdzie jechać i jedziemy na ślepo (i nawet musieliśmy zawrócić) Asia rzuca rower na ziemię i klnie na cala Norwegię i naród norweski (sorry John, jeśli to faktycznie przetłumaczyłeś, Asia była strasznie mokra i zmęczona). E16 znikła pod tunelem, a więc my musimy sobie jakoś radzić nad nim. Trafiamy na jakieś osiedle, pytam gościa czy dobrze jedziemy, tłumaczy, że OK, ale średnio udaje mi się zapamiętać jego wskazówki. W końcu trafiamy na jakieś większe skrzyżowanie i tam drapiemy się (trasa 160 odchodząca od E16) na górę. Wtem zauważam rowerzystę z sakwami i zatkniętą norweską flagą. Ten będzie wiedział, myślę, i dalej go gonić. Okazuje się, że nie wie dokładnie jak nam wytłumaczyć jak dojechać do centrum (na rowerze), ale stąd jest jakieś 20km do Oslo. Już w drugim zdaniu proponuje, żebyśmy zanocowali u niego. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, mówi mi “dzień dobry!”. Tak samo wita Asie, która dojechała z dołu i ponawia propozycję. Decydujemy się ją przyjąć i po paru chwilach jesteśmy już u naszego gospodarza. Złapaliśmy go, kiedy właśnie wracał z 9cio dniowej wyprawy z Danii (złapaliśmy go dosłownie 50m przed domem). Mieszkanko super. Prysznic i ciepła woda po raz pierwszy od prawie 3 tygodni. Ugotowaliśmy sobie na prawdziwej kuchence swoje makarony (John oferował picce, ale głupio nam było), a John wyjaśnił nam bardziej niż dokładnie jak mamy jutro jechać. Dał plan Oslo ze wszystkimi ścieżkami rowerowymi i napisał na kartce po kolei gdzie i jak jechać (z dystansami i nazwami ulic etc). Także gościnność niesamowita. Tłumaczy ją tym, że sam został kiedyś tak ugoszczony i chciał zrobić dla kogoś tak samo. Strasznie fajne to mieszkanie. To jest jakby blok, który ma tylko jedno piętro (John : u nas bloki najczęściej mają po 10 pieter i są ohydne). No i tak o. Dostałem nawet dostęp do wifi w domu, więc wysyłam tego maila za free i nawet sprawdziliśmy najnowsze wieści o śtp Majkelu. Licznik zostawiłem na rowerze w piwnicy, więc dziś nie napiszę statystyk, ale około 65km zrobiliśmy. Buziaki.

Notka odpowiedź

Hej! Piszę nowąa notkę, bo nie za bardzo mogę pisać komcie, bo kilobajty uciekajo. Strasznie się cieszę Maciek, że czytasz! Mamy więc kolejnego czytacza. Buty wywalimy jak tylko dojedziemy do Oszlo, tylko musimy im zrobić zdjęcie, bo to nie lada konstrukcja na druty, sznurki i klej kropelka. Mama : kuchcik zgodził się zostać kuchcikiem, bo ja jestem kapitanem, więc nie miał(a) wyboru. Kuchcik się spisuje, bo dziś zrobił(a) pyszne “ala spagetti”. Nawet żółty ser “x-price” był. Buziaki.

Amot

Witam wszystkich drogich czytaczy. Właśnie popijam herbatkę, piszę relacje i podziwiam jakaś dużą wodę zza “okna”. Woda nazywa się jezioro Bergsjo, nad nim niebo z zorzą od zachodzącego słońca (tak będzie przez cala noc). Na niebie jedna gwiazdka, nade mną prócz nieba sosny i porządek moralny we mnie. Czy jakoś tak. Wstajemy kolo 10. Znaczy się Asia wcześniej, ale ja we śnie uciekam na motocyklu przed kimś tam. Wiec o 10. Nie pada. Jemy i zbieramy się. Wyruszamy jak zwykle późno, kolo 13. Zajadamy się ciasteczkami x-price, czy jakoś tak, które miały być krakersami i kupiliśmy ich aż 600g za 12nok. Kiedy ruszamy trasa 287 zaczyna padać. Mamy jakieś 17 km pod gore na wysokość 960, potem już tylko z górki. Krajobraz jak w naszych górach, a więc łagodne zbocza porośnięte bujnymi lasami. Gdzieś na szczycie spotykamy Niemca, z którym gadaliśmy wczoraj przy informacji. Gadamy trochę. Ja korzystam z WC, bo akurat stoi piękne, nowe. Zjadamy do końca potetsalad, ciasteczka i wodę z sokiem. Od tej pory jest już z górki lub płasko, wiec przecinamy przestrzeń z łatwością. Szybko docieramy do Eggdal, gdzie ja wcinam snikersa. Przychodzi znów nasz znajomy Niemiec, wyciągamy mapy i gadamy o trasach, podróżach i miejscach. Wychodzi słońce. Nasz znajomy w Norwegii był pierwszy raz w 81. To już kolejna osoba, która tu wraca co jakiś czas. Był w wielu innych miejscach (Alpy, Pireneje) ale tu w Norwegii czuje się najlepiej. Pierwszą poważną podróż na rowerze z sakwami etc. odbył mając lat 40. Żegnamy się i ruszamy dalej. Pogoda nareszcie ładna. Od tej pory pocinamy z Asiunią po 30kmh i tak do późnego wieczora. Dziś mamy rekordowy dystans. Droga bardzo przyjemna, a to pagóry, a to jeziorko, a to kolorowe tubylcze domki. Rzeczy nam podeschły, wyprzedziliśmy nawet jednego rowerzystę norweskiego. Dojechaliśmy do Amot. Asia mówi, że pierwszy raz widziała sklepy czynne do 22. Mieścinka wielkości podwarszawskiego Piaseczna, czy Pruszkowa etc. Trochę nie wiemy gdzie jechać, ale tym razem dzielny kapitan po nazwach ulic i z pomocą planu miasta na słupku odnajduje drogę. Ruszamy trasa 284 w stronę Vikersund. Przed tą miejscowością zauważamy kogoś rozbijającego namiot w krzaczorach, dołączamy się właśnie do niego. Dookoła same domy z ogródkami, wiec to miejsce jest na wagę złota. Gadamy z nowym znajomym. Jest to Niemiec, który pracuje w Norwegii i wybrał się na tygodniową przejażdżkę, jak przyznaje, sam jeszcze nie wie gdzie. Pracuje w czymś co się nazywa Camphill i o ile dobrze zrozumiałem jest to jakaś taka komuna, gdzie pomaga się ludziom z problemami, czy może niepełnosprawnym. No jakoś tak. Częstujemy go herbatą i ciasteczkami. Asia się idzie myć, a mi się nie chce (później Asia się będzie ze mnie śmiać, że jestem brudas). Potem żałuję. Robię herbę na dobranoc i idziemy do namiotu. Trip : 109.04, time : 5:55, avg : 18.39. Aha, Asia mówi, że widzieliśmy lisa (żywego) i zdechłe małe zwierzątko, niezidentyfikowane.

Dzień chyba 17

Witamy witamy. Tu Asia i Iwasz z mokrej Norwegii. Wczorajsza notka miała zły tytuł, bo do miejscowości Gol dojechaliśmy dopiero dzisiaj. Jeszcze nigdy chyba nie byliśmy z Asią (ani osobno) ma wakacjach, gdzie tak by lalo. Nie zrozumcie nas źle, nie narzekamy. Po prostu chcemy przekazać wam ta mokra atmosferę, żebyście wiedzieli jak tu jest. Śniło mi się dziś, ze znalazłem jakiś magiczny kamień i chciałem go sprzedać za kilka koron. Nie wiedziałem ile jest wart. Zapytałem mędrca, a ten powiedział, ze kamień jest wart 15 rubli, co daje 15000 koron. Natychmiast znalazły się zbiry, które chciały nam go zabrać. Ten jakże ciekawy sen przerwało mi jednak monotonne bębnienie deszczu o namiot. Nasz dzielny namiot, który ani razu jeszcze nie przemókł. Nie chciało nam się wyłazić. Najpierw pojedynczo wyleźliśmy na chwilkę na siku. Potem drzemka. Następnie kanapki z sjokolade również w namiocie, a potem przerwa (a może przestanie padać?). Potem Asia umyła głowę w jeziorze i znów przerwa w namiocie. Potem zagotowaliśmy wodę na kaszkę (taką dla niemowlaków – Asia wyczytała to gdzieś) i znów czekamy aż przestanie padać. W ten sposób zrobiło się strasznie późno i wyruszyliśmy o rekordowej godzinie : 1600. Jedziemy 7demka do Gol. Leje. Uprane wczoraj rzeczy wyglądają jak “obsrane” (cytat z mojej żony). Asia ma trochę gorzej z oponami, bo ma sliki Smoothie i do nich chyba woda się przykleja (nie odprowadza się na zewnątrz, bo maja mało bieżnika) i sika na wszystkie strony. Obydwoje nie mamy błotników. Na mnie jakoś woda w ogóle nie leci, ale ja mam opony polecone przez Maćka z pracy (Schwalbe Marathon), którego pozdrawiam ogromnie. To on uświadomił mi co to są nowoczesne rowery (nie romet) i że są fajne i że jednak nie wszystko w nich przykręca się na śrubę 13. Tak więc docieramy do Gol, ja, czyli kapitan i kuchcik cały w kropki. W Coopie robimy megazakupy za 280nok. Same pyszności, min. jabłka i rarytas : puree ziemniaczane w proszku mit milch, ale o tym później. Przed sklepem zaparkowany inny rower z sakwami, dalej w mieście mijamy 2 kolejne. Jedziemy do turist-informacji, żeby się dowiedzieć jak jechać do Oslo, ale jest 15 po 18 i zamknięte. Tam pod info poznajemy sympatycznego Niemca, miłośnika jazzu, który na rowerze jeździ śladem festiwali i koncertów. Pogadaliśmy trochę i dalej przenieśliśmy się pod wiatę przystanku autobusowego z zamiarem konsumpcji sałatek w liczbie 2. Jedna potetsalat, a druga (szaleństwo) krewetkowa. Potet lepsza. Nie chce nam się, ale ruszamy. Od Niemca i z tabliczki koło info dowiedzieliśmy się mniej więcej, że z Gol prowadzi do Svenkerut, a dalej do Nesbyen ścieżka rowerowa, czy raczej jakiś rodzaj szlaku. Okazało się to być błotnisto-kamienistym szutrem w mokrym lesie. Ale ładnie całkiem. Gdyby było słoneczko, to byłaby to bardzo przyjemna trasa. Oznaczenia szlaku słabe, dlatego błądzimy raz czy 2. W Nesbyen bierzemy wodę od Norwega, który akurat parkuje samochód koło domu. Pyta dokąd jedziemy, na odpowiedź reaguje ze zrozumieniem : “Oszlo!”. Także jedziemy teraz do Oszlo, nie ma już mowy o zwykłym Oslo. Nie możemy znaleźć naszego szlaku. Postanawiamy z 15 km pojechać 7. Nie ma szczęśliwie zakazu dla rowera. Ruch raczej słabosilny. Kawałek ścieżki nawet zrobili. W miejscowości Bromma skręcamy na drogę 287. Od Niemca wiemy, ze będzie koło 20 km pod górę, a potem koło 80 km w dół do Amot. Dalej do Oszlo już bliszko. Rozbijamy się w gęstym zagajniku zaraz za zjazdem z 7demki. Pokapuje. Na obiad kuchcik zrobił pyszne pure. i tu należy się ogromna pochwała i uznanie, bowiem skomplikowana instrukcja była na torebce tylko po Norwesku! A nie było to proste. Najpierw 0.3 l wody z olejem i solą zagotować, potem 0.2 dolać zimnej. Potem wsypać, mieszać i jeszcze podgrzać. Czy jakoć tak. Wkamcie ziemniaki wyszły i były pycho. Kotlety sojowe tez, więc mieliśmy prawdziwie polskie danie. Zamiast surówki kukurydza z puszki Coop. Mniam. Teraz popijamy herbatę i zajadamy wafelki Coop. Asia każe dopisać, że robi się jej zimno i chce nowe buty SPD (już ma, dzisiaj kupiła przyp. red.). Jej buty nadają się już tylko do wyrzucenia, mamy nadzieję, że uda się na nich dojechać. Porwały się i rozmiękły już zupełnie. Nie ma jak buty szimano. Buziaki. Trip : 67.65, time : 3:53, avg : 17.39.

Mamuś

Mamuś, ja pisałem do Ciebie na pracowy, ale chyba nie odebrałaś bo jest wikend. Wracamy 25 w sobote o 9:10 rano. Znaczy samolot ląduje o 9:10. Chcielismy do Ciebie wpaść w sobotę. Da radę? Możesz mi napisać mejla z odpowiedzią, ja to odbieram codziennie wieczorem, kiedy piszę rlację. Buziak.

Gol!

Hello. Dzisiaj jest na tyle ładnie i wcześnie że, piszę notkę przed namiotem, zaraz koło syczącej maszynki. Zaraz zagotuje się woda i będziemy mieć herbatkę! Jak pisałem, nocowaliśmy u stóp jakiegoś posępnego górzyska, koło wielkiego głazu. W nocy lało jak szalone, rano z resztą też troszkę. W końcu wstajemy i dokańczamy dorsza w namiocie. Bardzo serdecznie pozdrawiamy autorów tej potrawy! Jest to jedna z najpyszniejszych rzeczy jakie jedliśmy na wyprawie. Dopychamy się jeszcze chlebem z sjokolade. Czas ruszyć przez płaskowyż Hardangervidda (Największy płaskowyż Europy), za pierwszym zakrętem wyłaniają się pierwsze zabudowania Finse, widać też lodowiec Hardangerjokulen (cholera, właśnie się dowiedziałem, że starwarsy tu kręcili na lodowcu w 1980). W końcu dojeżdżamy do Finse, koło którego nocowaliśmy (jak się okazało). Jest to dosyć ponura wioska skupiona nie jak zazwyczaj wokół drogi, ale wokół stacji kolejowej. Można tu bowiem dojechać tylko koleją (lub rowerem, ale nie jest to łatwe), pieszo lub kładem. Widziałem też ze 2 skutery śnieżne czekające na śnieg. Jestem przekonany, że w zimie można się tu dostać tylko pociągiem. Jest to zarazem najwyżej położona stacja w Norwegii 1222. Dalej jedziemy w dół (nareszcie w dół!). Pogoda całkiem całkiem. Co prawda chmury, ale nie pada! Podobno żyje tu gdzieś największe stado reniferów w Europie, ale nie spotkaliśmy ani jednego. Gdzieś niedaleko końca Rallarvegen robimy postój na jumki. Sposobem Michała Zadrzyna mieszamy je z gorącym kubkiem. Kuchcik mówi na to “myx” i zapewnia, że nic nam nie będzie. Ja obawiam się o świecenie w nocy. Koniec Rallarvegen, wyjeżdżamy do Haugastol i witamy asfalt. Dalej 22 km nudnej drogi do Gailo. Raczej z górki, więc mkniemy. Dalej mijamy Hol, gdzie robimy siku w kolejnym super klozecie. Już się chyba rozpisywałem o tych klozetach, ale naprawdę nie mogę wyjść z podziwu. Za darmo, bez nadzoru, gdzieś na uboczu, a jednak czysto, pachnie, jest papier i ręczniki i ciepła woda. Bomba. Mkniemy dalej w stronę Gol. Po prawej mamy jezioro Strandenooren (napewno źle zapisałem, się poprawi. Strandefjorden?). Nie możemy nic znaleźć, bo droga idzie brzegiem i nie zostawia ani kawałeczka. W końcu gdzieś przed Sundre znajdujemy cypelek cały zarośnięty świerkami i brzozami. Mroczno tu. Ktoś łódkę tu ma i trochę śmieci. Rozbijamy się w krzaczorach, jemy i kąpiemy się w mulistej wodzie. Jezioro całkiem ciepłe. Aha. Kuskus gryczany jest niedobry. Asia mówi, że jeśli będzie ładna pogoda (odpukać), to rano się pobyczymy. Jesteśmy jakieś 220km od Oslo, więc musimy jakoś wolno jechać (zbaczać nie chcemy). Jeśli dalej będzie tak z górki, to dojedziemy już pojutrze, a chcemy być w czwartek, żeby cały piątek tam pomarudzić. No zobaczymy. Buziaki. Trip : 83.48, time : 4:52, avg : 17.10

Rallarvegen

Witam wszystkich czytaczy. Tu Asia i Iwasz z mokrej Norwegii. Znów nie mieliśmy zasięgu i nie mogliśmy wysłać relacji, więc dopiero przed chwilą pojawiła się na blogu. Właściwie to chyba pokażą się obydwie w tym samym czasie. Nieważne. Pogoda nas nie rozpieszcza jak to mówią. No ale cóż. Wstajemy, pakujemy się i ruszamy na górę. Malowniczo jak wczoraj. Czasem przejedzie pociąg i zatrąbi, żeby zaraz schować się do tunelu. Od czasu do czasu rzeka znika w tunelu wydrążonym dla niej (raczej potok). Wjeżdżamy na pastwisko. Na drodze kilkadziesiąt kózek. Jedna się interesuje i głaszczemy ją. Próbuje obgryzać elementy rowerów. Na 2 lub 3 km przed Myrdal zaczyna się podjazd tak stromy, że przez następne 2 godziny pchamy rowery. Łącznie pchaliśmy przez 17 serpentyn. Ja próbuję jeszcze na początku jechać ale w pewnym momencie przednie kolo podrywa się do góry i ląduję na plecach. Wszyscy mijający nas turyści idą lub zjeżdżają na rowerach na dół. Wielu z nich przystaje i pyta się jak się jedzie, albo czy nie lepiej kolejką na górę, a potem jak oni na dół. Narodowości wszelakie, nawet z Japończykiem gadałem. Mówił, że nachylenia jest około 20%, wiec jest spoko. Zaraz przed końcową stacją Flamsbana, droga rozchodzi się na 2. W prawo jest do Myrdal (i jest drogowskaz), a prosto jest na Rallarvegen, ale nie ma znaku. Potem już cały czas nie było znaków, a to chyba z tego powodu, że jedziemy w przeciwnym kierunku niż wszyscy (później w Oslo gadaliśmy z jednym z Norweskich rowerzystów, który wręcz nazwał to “w złą stronę”). Od rozstaju dróg jest tylko kilka, kilkanaście minut pchania, a potem płaskowyż i można (prawie) jechać. Oczywiście szutr. Krajobraz posępny, nie wiem co jest bardziej szare : niebo, skały (a może nasz namiot). Roślinki szybko kończą się i zaczynają się ośnieżone pagóry i jeziora. Muszę Wam przyznać w sekrecie, że dzisiejsza droga była chyba najcięższa jak do tej pory. A to z tego powodu, że zerwał się pod wieczór straszliwy wicher w twarz. W niektórych miejscach ciężko było iść bez rowerów, a co dopiero je pchać. O jechaniu nie było mowy. Dodatkowo po paru kilometrach zaczęły się zaspy. Śnieg trochę się już porozpuszczał, więc buty szybko przemakały. Najdłuższa zaspa jak na razie miała z 200 metrów. Do tego deszcz i czasami ostro pod górkę. Ja miałem szybko dość, chciałem nawet zawracać i rozbijać się w cichszym miejscu, ale kuchcik twardo obstawał że jedziemy. Kolo 23 znaleźliśmy miejsce jako tako osłonięte (północny stok, a wiało właśnie z południa na północ). Dziś sytuacja extremalna, więc wyciągnęliśmy travellunche, które w takich momentach nas ratują. Ledwo co udało się rozpalić maszynkę. Teraz siedzimy w namiocie koło wielkiego głazu. Deszcz leje jak szalony, wiatr miota namiotem. Mamy nadzieję, że namiot się nie złoży, ani nie przecieknie. Uściski. Trip : 44.33, time : 6:01, avg : 7.36.