Author: admin

Przyjaciele w Radomiu

    Kiedy się ma nową rzecz, na którą się czekało długo tak jak ja, to się tą rzecz oczywiście chce przetestować, nacieszyć, pobawić. Nie inaczej było w przypadku motocykla, tej piekielnej maszyny, którą nabyłem niedawno. Nacieszenie się nowym pojazdem polega na jeżdżeniu w tą i z powrotem, czasem w jakimś celu, a czasem bez. Kiedy już objeździłem całą rodzinę, pochwaliłem się krewnym i znajomym królika i o mało co nie przeziębiłem, powstał dylemat gdzie w następnej kolejności pojechać. Kiedy motocykla nie miałem, wyobrażałem sobie go jako remedium na wszystkie swoje niepowodzenia, sinusoidalne skoki humoru, czasem też całkiem spore dołki. Wyobrażałem sobie siebie jadącego sobie w dal i pogrążonego w swoich myślach, sam na sam ze sobą, odciętego od wszystkiego. Stety lub niestety myliłem się. Okazuje się bowiem, że jadąc na motocyklu człowiek jest (musi być) dwa, lub jeszcze więcej razy bardziej skupiony na tym co się dookoła niego dzieje niż w samochodzie. Tak więc jadąc na moto miałem teraz zupełną pustkę w głowie i jakkolwiek czerpiąc wielką przyjemność z podróży, moja głowa była jednak zaprzątnięta raczej tym, żeby nie dać się zabić, niż rozmyślaniami o sensie istnienia, czy jakichś tam innych pierdół. A Jechałem do Radomia Aleją Krakowską, czy trasą krakowską, jak zwał tak zwał. Radom to paskudne miasto, które pamiętam z dzieciństwa, ponieważ spędzałem tam wakacje u babci Janki i przez babcię, oraz jego paskudność odczuwam do niego spory sentyment (nie taki jak do P-na, ale zawsze). Uzbrojony w karteczkę z numerami tras (wracałem przez Kozienice) i listą miejsc do odwiedzenia (3 pozycje, ale mam słabą pamięć, stąd lista) pędziłem sobie wesoło na południe. Udało mi się tam dojechać w około godzinę, co jednak nie było zbyt rozsądne, jak potem uświadomiły mi żona i matka, no ale cóż.

    Nie jest tak, jak twierdzą niektórzy, że motocykl jest magnesem na płeć piękną i wystarczy się polansować po mieście, żeby od razu jakiś plecak podwieźć, a potem stłamsić. To znaczy może to jest prawda, ale mnie przynajmniej jest to zupełnie obce i to dobrze. Jakkolwiek laski nie kleją się do mojej maszyny, to jednak zupełnie inaczej sprawa się ma z małymi dziećmi. Mam go już miesiąc, a rozmawiałem już chyba z pięciorgiem dzieci w wieku przedszkolnym, o dzieciach gapiących się z mniej dostępnych miejsc nie wspominając. Jeden chłopiec na przykład, lat mniej więcej na oko 2 (bo ledwo mówił) zachęcany przez swojego tatę wymieniał mi wszystkie marki motocykli jakie znał. Trzeba mu było tylko trochę pomagać z pierwszą sylabą, a potem sobie seplenił. Zuch. Inny chciał się gramolić na motocykl, ale babcia na niego nawrzeszczała, jeszcze inne dzieci po prostu przechodząc ciągnęły za klamki, manetki i inne wystające rzeczy. Zupełnie mi to nie przeszkadza.

    Brak mi niestety jeszcze doświadczenia i w Radomiu przydarzył mi się pierwszy paciak. Paciak to (chyba fachowe) określenie na wywrotkę “parkingową” kiedy to toczymy się na motocyklu w celu właśnie wspomnianego parkowania, lub w jakimś innym, dość, że prędkość mamy wtedy prawie żadną. W takich momentach motocykl jest bardzo niestabilny, bowiem brak sił żyroskopowych pochodzących od kręcących się kół (kręcą się wolno, więc siła mała i słabo nas/mnie stabilizuje). I tak samo było w moim przypadku. Zauważyłem bowiem na ulicy Niedziałkowskiego w Radomiu grupę młodzieży gimnazjalnej w sile około dziesięciu na tle wielkiej swastyki wysprejowanej na murze. Szybko się oddaliłem, ale jednak ciekawość pozostała i dokopawszy się do głęboko skrywanych pokładów odwagi postanowiłem do nich wrócić, żeby zrobić im zdjęcie. Niestety nie było ich, ja zacząłem zawracać, samochód się zjawił znikąd, ja po hamulcach i pac. Wygrzebałem się spod motocykla, łażę dookoła i patrzę co by tu zrobić (wyłączył się sam). Próbuję podnieść przodem, nie daję rady. Próbuję inaczej, też nic. Wtem słyszę ożywioną rozmowę. To właśnie owi chłopcy, których szukałem wymieniali się uwagami na temat przyczyn mojego nieszczęścia. Konkluzja brzmiała : “typ się przestraszył”. No i dużo mieli racji, moja gwałtowna reakcja była skutkiem nagłego pojawienia się zagrożenia, którego się nie spodziewałem (to był jakiś stary golf). Szli w moją stronę i zastanawiali się na głos, czy mi pomóc, czy nie. Szybko (na szczęście) doszli do porozumienia, że jednak tak (“pomożemy typowi”) i jeszcze będąc w pół drogi, uspokoili mnie (cały czas szarpiącego się z kawałem żelastwa) w te słowy : “zostaw to, bo się zesrasz!”.

    Zdjęcia już im nie zrobiłem, ale wdzięczny jestem im do dzisiaj, bo strasznie ciężkie to cholerstwo. Oczywiście nie miałem gmoli ani kraszpadów, a motocykl był nowy, więc sami sobie możecie dalej dopowiedzieć co i jak. Na szczęście straty są znikome, a na gmole i kraszpady ciągle zbieram. Pozdrawiam chłopaków z Radomia.

O żuku (2)

    Pory roku mijają, sezony się kończą, przychodzi taki czas, że uśpione drzewa budzą się do życia pobudzone pierwszymi mocniejszymi promieniami słońca. Gdzieniegdzie leży jeszcze śnieg, a już pierwsze kiełki przebijają się przez niego i wystają nieśmiało niepewne, czy jakiś nagły przymrozek nie zabije ich w mgnieniu oka. Potem następuje spokojny czas lata, kiedy rośliny boją się już tylko braku wody, ale to w dużych lasach zdarza się rzadko, no przynajmniej jeśli roślina jest sprytna i wie gdzie się wysiać. Te mądre zawsze znajdują wilgotne miejsce, gdzie nigdy nie jest sucho i nigdy nie są spragnione. Później przychodzi ponura jesień, prawie wszystko w lesie co żyje i co jest małe, albo trochę większe szykuje się do snu, czy jaki tam jeszcze ma patent na przetrwanie. Niektórzy śpią, niektórzy gubią liście, inni zagrzebują się w norkach, jeszcze inni w kokonach, prawie każdy w lesie jakoś sobie tam radzi, a w razie potrzeby zawsze może liczyć na pomoc innych. Niestety, ale cały ten cykl jest tylko marzeniem dla motyla. Jak kolorowy motocyklista na autostradzie, motyl żyje szybko, ale krótko, o czym niestety żuk jakoś zapomniał, albo w sumie nie zapomniał, tylko nie chciał pamiętać.
    Żuk nie wychodził ze szpitala od dwóch dni. Siedział przy łóżku ukochanej, a ona marniała w oczach. Kolory jej zwiewnych sukienek jakby przyblakły, a i zwiewne w zasadzie już przestały być. Motylica ufnie patrzyła na niego, a on płakał i płakał, starając się to przed nią ukryć, ale nie wychodziło, bo sam wyglądał okropnie – zapuchnięty, zasmarkany i zarośnięty. Chwilami próbował rozpaczliwie gonić czas, chwilami przywoływał te wszystkie 7 szczęśliwych dni, które spędzili razem intensywnie (to wcale nie jest śmieszne – dla robali to całkiem sporo czasu) i z radością. Jego myśli goniły się, potem potykały i gubiły, plątały, tak, że w głowie miał w zasadzie mętlik. Im dłużej tam siedział i im było gorzej, tym dobitniej uświadamiał sobie ile czasu stracił na rzeczy nie istotne, ile rzeczy bezpowrotnie przeminęło w jego życiu i że ta ostatnia, najważniejsza, także zaraz przeminie, a on nie będzie mógł już nigdy patrzeć na swoją ukochaną. “Kiedy ktoś ma 1000 par oczu jak ja, i patrzy na cierpienie bliskiej osoby, to boli go to o wiele bardziej” myślał naiwnie żuk. Było już na prawdę źle, i z nią i z nim. Cierpieli razem, ale on czuł teraz gniew i bunt. Chciał widzieć tylko ją, każda inna rzecz była zbędna, każdy inny obraz przeszkadzał i żuk bał się, że jej wizerunek zatrze się w jego pamięci, że zginie gdzieś w otchłani wszystkich tych bezsensownych i niepotrzebnych rzeczy, które widzi się każdego dnia i choćby to były dobre rzeczy, to jednak nikt nie zrozumie tego jak bardzo żuk ich w tym momencie nienawidził. A potem był już tylko ledwie słyszalny szept, którego nawet ja nie zrozumiałem, rozumieli go tylko oni, oni, którzy szeptali do siebie po raz ostatni, a potem było już tylko cicho. On ostatni raz spojrzał na nią cichą i spokojną. Nie wiem co było dalej, pamiętam jeszcze tylko, ponury dźwięk, cichy stukot, jakby dzwonienie koralików spadających na posadzkę. Wyglądały jak nasiona granatu rozsypujące się po sali. Toczyły się, wirowały, co raz więcej i więcej. Było ich 1000 par. “teraz będę Cię już widział zawsze” myślał naiwnie żuk.

O żuku (1)

    Jest to historia jakich wiele, jednak ta jest wyjątkowo przykra i samego mnie nawet jej zakończenie zasmuciło, jeśli wręcz nie powiedzieć – przybiło. Nieszczęsny nasz bohater, grubawy żuk o tysiącu par oczu, choć sam wolał określenie “przy kości”, choć kości nie posiadał, a jedynie chitynowy pancerzyk, przybył jak co dzień na deskorolce do pracy. To znaczy kiedy była ładna pogoda, to jeździł na deskorolce, a kiedy była brzydka, to tramwajem, ale tego feralnego dnia było akurat słońce. Wiosna w pełni, wszystko budzi się do życia i nawet takiemu ponurakowi jak żuk, administrator sieci w małej firemce produkującej łupiny od orzechów było tego dnia lżej na sercu. Branża IT to nie jest łatwy kawałek chleba, mnóstwo jest w niej przeciwności losu i pół biedy jeśli opór stawia materia nieożywiona, z którą zawsze można sobie jakoś poradzić. Prawdziwe problemy stanowi czynnik ludzki, a raczej w naszym przypadku czynnik robaczywy, który miewa humory, wybujałe ego, przerosty formy nad treścią, przerosty tego, czy tamtego. To wszystko mając w pamięci, żuk nie za bardzo lubił swoją pracę, ale cóż było robić. Pracowało się.
    Jednak tego dnia coś było inaczej. Pojawili się nowi pracownicy z biura pracy czasowej. Mrówka, wołek zbożowy i motylica. Wszyscy troje mieli takie śmieszne czerwone koszulki z logiem firmy która ich wypożyczyła (na jakiś czas, bo to zajęcie czasowe) i generalnie zrzucano na nich wszystkie najgorsze zadania, których nikt inny nie chciał robić, albo odkładał w nieskończoność. Pracowali w milczeniu i jak większość nowych pracowników byli trochę jakby przestraszeni, trochę jakby niepewność w ich ruchach było widać. Na przerwie obiadowej usiedli wszyscy troje przy jednym stoliku na stołówce i trzymali się z daleka od wszystkich, ze sobą zresztą także niezbyt rozmawiając. Żal się zrobiło dobrodusznemu żukowi tych sierot, poczłapał więc do nich i kulturalnie zapytawszy dosiadł się do jedzących. Z tymi dwoma ponurakami, to niezbyt mu się udawało nawiązać kontakt, ale z motylicą wręcz przeciwnie. Była wesoła, niegłupia, śmiała się z żukowych dowcipów, a przede wszystkim była piękna. Kolorowe jej sukienki, falbanki powiewały na wietrze, niby to jakieś kwieciste wzory, ale tak na prawdę jakieś raczej geometryczne kształty, zygzaki, plamy, żuk nie mógł za bardzo dostrzec co to właściwie jest, dość, że wyglądało ładnie i pasowało do niej. Włosy miała całkiem długie, ale nie za długie, jakie miewają czasami głęboko wierzące dziewczęta, które chyba po prostu zapominają je przycinać, wszak mają ważniejsze rzeczy na głowie. Żuk nie był za bardzo wierzący, poza tym jak każdy mężczyzna lubił gdy dziewczęta dbały o siebie i wyglądały pięknie. Obiad skończył się zdecydowanie za szybko, zresztą i tak wyszli ze stołówki jako ostatni i żuk martwił się nawet, czy motylica nie będzie miała przez to problemów, ale zapomniał potem ją o to zapytać.
    Tego dnia nie mógł już wysiedzieć w pracy. Cały czas myślał o nowej koleżance, znalazł ją nawet na fejsbuku i dodał do znajomych, a potem resztę dnia sprawdzał czy go zaakceptowała. Niedługo potem umówili się na lody malinowe, które ślimak sprzedawał nieopodal. Dziwne, bo miał tylko malinowe, nigdy nie miał żadnych innych smaków… Spotykali się codziennie. Żuk był nawet trochę zaskoczony, bo motylica wydawała się odwzajemniać jego uczucie i to było naprawdę widać. Cały czas chciała być z nim i cały czas wysyłała do niego smsy, co go niezmiernie cieszyło. Żuk miał kiedyś dziewczynę, ale z tamtą było inaczej. Nigdy tak na prawdę nie wiedział i nigdy się nie dowiedział co w jej głowie siedziało, jeśli w ogóle coś tam było. Nigdy nie był pewny uczuć tamtej i chyba zresztą słusznie, bo wkrótce potem go rzuciła.
    Tak mijały dni (właściwie to tydzień), lecz ósmego dnia, kiedy mieli się znów spotkać po pracy, coś się stało i motylica nie przyszła. Żuk się zmartwił mając w pamięci zaangażowanie swojej ukochanej, ale zaraz potem przyszło zwątpienie – “O ja głupi, nieszczęśliwy żuk przy kości, niecnota. Co ja sobie wyobrażałem? Taka laska i ja… To się musiało skończyć” – dramatyzował.

Pan Jurek i ja

Od pewnego czasu, od kiedy to dopuszczam się haniebnego procederu palenia papierosów rozmawiam sobie czasem z panem Jurkiem, który jest dozorcą w budynku w którym pracuję. Palenie nie ma prawie żadnych zalet prócz wspomnianego przeze mnie spleenu, czy innego uczucia nostalgii towarzyszącego zaciąganiu się dymem, którego czasem doznaję, ale, no właśnie. Prawie. Niewątpliwie poznałbym w swoim życiu o wiele mniej ludzi niż znam gdyby nie papierosy. No bo cóż mają robić nieznający się ludzie, którzy palą razem jeśli nie rozmawiać? Oto jedna z historii pana Jurka.

Pan Jurek pracował kiedyś w Irlandii – z resztą nie tylko w Irlandii, bo w Stanach też był i pracował pół roku, a potem pół roku jeździł i zwiedzał – też bym tak chciał. Wróćmy do Irlandii. Wynajmował tam pokój z dwoma współlokatorami : ojcem i synem. Z synem, a było mu na imię Andrzej, dogadywał się bardzo dobrze, jak zresztą, ze wszystkimi młodymi ludźmi, których ogólnie rzecz biorąc lubi. Andrzej też go polubił, bo dobrze im się rozmawiało, a poza tym, pan Jurek był całkowitym przeciwieństwem wiecznie pijanego ojca. Nie był to ojciec jakiego chcielibyście mieć. Od małego Andrzej (i jego młodszy o rok brat) byli świadkami picia, bicia, obelg i wszystkiego tego o czym mówią o patologicznych rodzinach w wiadomościach, kiedy już dojdzie do najgorszego. “Panie Jurku. Z panem, to ja bym mógł mieszkać i mieszkać, tylko żeby tego chuja, współlokatora nie było” wskazał na swojego ojca w drugim pokoju. “Bo wie pan, mówię o nim bez szacunku, bo jak mam szanować kogoś od kogo dobrego słowa nie usłyszałem chyba nigdy, a ile się nacierpiałem to moje. Stary pijak. Nigdy u nas w domu się nie przelewało, czasem nie było co jeść, a on sobie sprowadzał kolegów i za ostatnie pieniądze pili. Kiedyś na przykład, sprowadził całe to towarzystwo, wyjął na stół flaszkę i ugościł po królewsku. Własnym dzieciom od ust odejmował, a tym pijakom podał kiełbasę, ser, co tam jeszcze w domu zostało i piją. Kiedy matka to zobaczyła, szlag jasny ją trafił, wyszła na dwór, wzięła garść piachu i rzuciła mu to na ten stół, na talerze i kieliszki. Ojciec tak się wściekł, uderzył ją tak mocno, że straciła przytomność i padła na ziemię jak kłoda.”

W tym momencie historii już myślałem, że kobietę utłukł na amen – wtrącił pan Jurek – ale na szczęście udało się ją tym razem docucić. Dalej Andrzej opowiadał tak:

“Niedługo potem, kiedy wieści od matki dotarły do szwagra, od szwagra do jego braci, od braci do ich kolegów, a od kolegów Bóg raczy wiedzieć gdzie jeszcze, postanowiono skompletować silną grupę i nauczyć chama rozumu. Ojciec był przerażony, 10 postawnych mężczyzn ganiało go po wsi, potem po podwórku, a potem przez pole buraków, na którym to wywinął orła, potem znów przez podwórko, gdzie to ojciec pochwycił siekierę do samoobrony. Wtedy role się odwróciły, bo trzeba wiedzieć, że siekiera w dłoniach także całkiem dobrze zbudowanego ojca była argumentem więcej niż przekonującym i teraz to chłopaki uciekali przed nim. Najpierw z podwórka w wieś, potem przez pole, a potem znów w kierunku podwórka. Już się zamachnął, już prawie miał szwagra tą siekierą zdzielić, ale na szczęście chybił i siekiera utkwiła w płocie”

Wtedy papierosy się skończyły i wróciliśmy każdy do swoich zajęć. Pan Jurek i ja.

Zdjęcia z Norwegii

Jestem niedobry i brzydki i zaniedbałem blogaska okropnie. Spotkała mnie z tego powodu zasłużona reprymenda. Otóż w galerii są już od jakiegoś czasu zdjęcia z Norwegii (o czym nie napisałem do tej pory!). Można je oglądać tu : zdjęcia. Nie opisałem też ostatniego dnia, tj. co się działo na lotnisku w (koło) Oslo i co się działo po wylądowaniu. Nie działo się w prawdzie wiele, ale to, że nie napisałem kto po nas wyszedł na lotnisko, to już z mojej strony poważne uchybienie. No więc niniejszym oświadczam, że ku naszej uciesze Zuzia, Piotrek i Karolinka powitali nas na Okęciu. Mieli tekturkę z naszymi imionami, tak, żebyśmy mogli ich odnaleźć i paść im w ramiona i tak by się pewnie stało, gdyby czekali na nas na terminalu 1, a nie 2. No ale szczęśliwie się odnaleźliśmy, a tekturka jest przyklejona na drzwiach u nas (no na drzwiach w kibelku, ale to jest bardzo ważne miejsce!). Chwała Wam za ciepłe powitanie w Polsce! PS. Do Norwegii jeszcze wrócimy i może by tak w większym gronie?!!!

Museet, dzien 2

Dziś zrobiliśmy sobie dzień muzealny numer 2. Ponieważ kemping mamy tylko do 14, postanawiamy szybko wykorzystać karty na prysznic, zjeść coś i ruszyć w miasto. Kiedy faktycznie wyruszamy, jest coś koło 13, czy może nawet później. Trochę nam smutno, że to ostatni dzień. Mi się szczerze mówiąc nie chce wierzyć, że to już koniec. Ruszamy do centrum, drogę mamy już obcykaną (a nie jest wcale taka prosta). Rowery przypięliśmy w najruchliwszym prawie miejscu, do barierki, przy porcie kolo City Hall. Obok kołyszą się kutry rybackie, z których można kupić bezpośrednio ryby i krewetki. Nie wiem, czy to taki zabieg marketingowy, czy faktycznie są to świeżo złowione owoce morza. Wygląda to zachęcająco. Gdzie kupić ryby, jak nie u rybaka. Ja martwię się o rowery, w końcu zostają w centrum z sakwami, przypięte lichą zapinką z Tesco. Asia uspokaja “bedzie dobsz”. Zabieramy najcenniejsze rzeczy. Ten oto telefon i obiektyw i aparat. Asia każe teraz napisać, że mamy mieszane uczucia, że smutno wyjeżdżać. Z drugiej strony tęsknimy za Polską.
Do muzeum Muncha chcemy dojechać metrem asia prowadzi i wygląda na to, że wie gdzie iść. Idziemy przez miasto. Ludzi zatrzęsienie na każdej ulicy. Przechadzają się wśród tej architektury i wygląda na to, że się im nie spieszy i są wyluzowani. Oczywiście mnóstwo turystów, ale muszą być przecież też i tubylcy. Ludzie przechodzą swobodnie na drugą stronę ulicy, światła, czerwone, czy zielone to tylko sugestie. Jedna dziewczyna obok mnie wlazła prawie pod autobus. Kierowca chyba był przyzwyczajony, bo nawet się nie skrzywił, tylko zrobił minę w stylu “a nie mówiłem?”. Mnóstwo ludzi ciemnoskórych i azjatów. Hindusi, afrykańczycy, niektórzy czarni jak kawa (bez mleka). Tramwaje i autobusy mają własny pas, rowery inny, wszystko jakoś jedzie i sobie nie przeszkadza mimo pozornego chaosu. Nie wiem, może tu nad nimi ktoś czuwa? w stylu Szwecji, gdzie podatki sięgają 60%, a państwo ingeruje w każdą sferę życia obywateli? Metro tutaj w Oslo ma 6 linii. Mniej niż w Moskwie, ale więcej niż u nas co?Do muzeum Muncha pasuje nam każda linia. W wagonikach są kosze na śmieci i przejścia, tak że wygląda to jak jeden długi wagon. Wysiadamy na stacji Tojen. Do muzeum jest stąd około 10 minut na piechotę. Oczywiście obchodzimy budynek dookoła zamiast pójść od razu do wejścia. W muzeum bramki, kamery I mnóstwo zabezpieczeń. Bilet skanuje się przy wejściu i dopiero wtedy bramka się otwiera. Krzyk I Madonnę (chyba, w każdym razie jedną z Madonn) ukradziono, ale po iluś latach znów można ja oglądać. Wracamy do centrum. Zauważyłem, że koło dworca kręci się sporo ćpunów. Jakichś takich wychudzonych młodych ludzi bladych jak ściana. Rowery są na miejscu, sakwy też. Ruszamy do muzeum Ibsena. Tam niestety okazuje się, że zwiedzanie samego mieszkania jest możliwe tylko z przewodnikiem (który przychodzi o równej godzinie – nie chcąc czekać…) Zadowalamy się ekspozycją dostępną dla każdego i ruszamy dalej. Asia jest trochę niepocieszona. Ja robię się strasznie głodny i zły. Po drodze zahaczamy o burgerkinga. Zjadam 2 hambuki “nice price” za 14 Nok. Nic w nich prawie nie ma. Mniam. Przypinamy znów rowery (3ci raz) i ruszamy zwiedzać City Hall, czyli ratusz. Wejście jest w dodatku za free. Rozkopane, na zewnątrz remont. Zza ogrodzenia słychać :”janek!, jaaaanek, wiesiek nooo!”. To widać polscy robotnicy tu pracują. Wnętrze robi wrażenie wielkością. Wygląda na to, że urzędnicy siedzą w tych 2 wieżach, a dół zajmuje kilka sal ogromnych rozmiarów. Każda sala ma na ścianach niesamowite malowidła. Naprawdę niesamowite, bo są ogromne, strasznie kolorowe i stylem przypominają komiks, czy może dziecięce rysunki. Nie mówię, że są brzydkie, po prostu nigdy nie widziałem czegoś takiego, w takim miejscu. Calość stylem nie przypomina mi niczego, co widziałem do tej pory. No może pałac kultury, ale jednak sporo detali w dużo lepszym guście. Zwłaszcza zdobienia drzwi, okien i meble. Tu wręczają pokojową nagrodę nobla. O 18 ratusz jest zamykany,więc musieliśmy się wynieść. Obok znajduje się parę sklepów z pamiątkami z Norwegii, w których kupiliśmy parę bibelotów. Ekspedientki sklepów rozmawiały po rosyjsku, na ulicy tez słychać różne języki, czasem też polski. Siadamy jeszcze raz na placu przed ratuszem i odpoczywamy. Ja wyciągam komórkę i piszę posta. Tłoczno i gwarno, żebracy żebrzą, ktoś gra na saksofonie jakieś “ala bałkańskie” kawałki, ktoś bębni, ktoś udaje pomnik i poruszy się za opłatą. Zbliża się koniec pobytu w Oslo, kierujemy się w stronę dworca. Po drodze zbaczamy na Akershus Castle. Potem już na dworzec z przerwą na 3ciego już “nice price hamburgera” tego dnia. Na dworcu przypinamy rowery do barierki i idziemy po bułki do Rimi. Potem kupujemy bilety na pociąg do Gardemonen (po 125 nok za osobę i rower, ale z Oslo passem). Gardemonen, czyli lotnisko nie jest tak blisko jak Okęcie, ale 50 km od Oslo. Moglibyśmy się tam jakoś dotelepać, ale ja nalegałem, żebyśmy jednak wzięli pociąg. Bałem się, że się gdzieś po drodze po ciemku pogubimy, spadnie deszcz i będzie stres, że nie zdążymy na samolot (a odprawa zaczyna się chyba o 5). Także teraz siedzę sobie z asią w ciepłym pociągu (tzw lokalnym NSB) i relaksuję się pisząc notkę. Może ją niedługo wyślę. Napisze tak dla potomnych o sposobach podróżowania z Oslo na lotnisko Gardemonen z rowerami. Niestety, nie wiem jak się tam dostać na kołach, z resztą poznani Norwegowie raczej to odradzali, a wierzymy im po tym, co widzieliśmy przy  wjeżdżaniu do Oslo. Tak więc można pojechać pociągiem i są 3 różne. Wszystkie odchodzą z głównej stacji w Oslo. Pociągi NSB są lokalne i regionalne. Bilet za dorosłego w 2009 to 102 korony. Rower jedzie za połowę dorosłego. Podobnie jest z NSB regionalnym, ale ten jedzie szybciej i ma inną stację końcową(regionalny do Lilehamer, a lokalny do Eidsvol). Druga opcja to Airport Express Train. Te jeżdzą bardzo szybko, bo tylko 20 min (lokalny ok 40). Bilet kosztuje 170 nok, nie ma zniżki z Oslo Passem. Jednak w expresie rowery są za darmo. Express jeździ co 20 minut, NSB co 1 lub 2h. Jest jeszcze Airport Express Bus, ale tam nie można wozić rowerów. No i to chyba tyle. Jedziemy właśnie lokalnym pociągiem no i po 1. Wagon jest piękny i nowy, i pachnący. Sunie cicho po szynach, nic nie jest zniszczone. U nas wszystko byłoby powyrywane! Jedzie bardzo szybko. Z Olso jedzie się 10 minut tunelem. Fascynujące.
Ok jesteśmy na lotnisku i ja się pokładam na ławce. Musimy jeszcze wylać naftę uprzednio zrobiwszy sobie herbę i travellunch. Więc chyba koniec notki będzie. Buziaki. Trip 14.39, time 1:24, avg 10.17

Museet dzien 1

Witam. W zasadzie, to dziś widzieliśmy tyle, że wydaje mi się, że to były 2 dni. Jesteśmy teraz na Ekberg Camping, skąd roztacza się piękny widok na Oslo, to znaczy roztaczałby się gdyby nie drzewa, więc trochę ubarwiam. Ale po drodze jest miejsce bez drzew, gdzie spotkać można ludzi z kempingu robiących zdjęcia. Panorama, zwłaszcza nocą jest naprawdę przyjemna. Jakoś tak ciemno się zrobiło teraz i nie przypomina to naszych białych nocy 2 tygodnie temu w okolicach Trollstigen. Czołówki się jednak przydają. Ale ja nie o tym. Rano wstajemy i pakujemy manatki. Robimy sobie z Johnem pamiątkowe zdjęcie i wytaczamy się przed dom. Żegnamy się i po chwili podążamy podług wskazówek z kartki. Idzie nieźle. Na przystankach (a to są przedmieścia, jesteśmy ok 20km od centrum) świecą się tablicą, które pokazują za ile minut będzie autobus. Wtem, na jednej że ścieżek dogania nas zmęczony rowerzysta. Zagaduje skąd jesteśmy, od tej pory jedziemy już z nim. Oferuje pomoc w dotarciu do centrum, bo tam pracuje i od pewnego momentu pokaże nam gdzie dalej mamy sami jechać. Wygląda na zapalonego maniaka rowerzystę, z reszta należy do norweskiego stowarzyszenia cyklistów. Może to nawet jakiś rowerowy aktywista? Z rozmowy wynika, że dalsze podróże rowerowe odbywa więcej niż raz do roku i nie ominął też polski. Tłumaczył gdzie był, ale niestety nie złapałem wszystkich nazw. Głównie pomorze. W połowie drogi zmienia plany i ponieważ jak się wyraził “sam jest swoim szefem” i postanowił zaprowadzić nas dokładnie pod dworzec, a po drodze pokazać kilka najważniejszych miejsc. Tak więc przejechaliśmy z nim przez park Vigelanda z setkami rzeźb, potem przez dziedziniec pałacu królewskiego, a na koniec przez główny deptak Oslo Karl Johans Gate. Bardzo nam to pomogło i bardzo doceniamy pomoc, której i tak już wiele doświadczyliśmy. Centrum Oslo to zabudowa głównie z XVIII i XIX wieku, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jest to duży obszar, także można sobie przyjemnie pobłądzić wśród kolorowych kamieniczek. Dużo scieżek rowerowych (mamy nawet ich plan od Johna), często wyznaczony jest specjalny wąski pas dla rowerów. Proste i skuteczne. Kolo dworca, w przeszklonej wieży znajduje się informacja turystyczna z numerkami jak na poczcie wypytywaliśmy się tam kilka razy a to o dojazd na lotnisko, a to o ceny biletów. Kupiliśmy tam też dwie karty Oslo pass. Jedna za 320 nok. Podliczyliśmy wcześniej ceny wstępu do muzeów i wyszło nam, że się opłaca. Uzbrojeni w Oslo pass ruszyliśmy na poszukiwanie Ekberg Campingu. Nie było to takie proste, bo trochę to Oslo jest pokręcone jak dla mnie. Ale myślę, że w Warszawie też nie jest łatwo turyście. Koniec języka za przewodnika i udało się. Jakoś dojechaliśmy. Kemping ogromny. Uiszczamy opłatę za namiot (175) do tego 2 x 10 Nok za prysznic. Rozbijamy się szybko. Kanapki, rzeczy do namiotu. Z lekkimi rowerami ruszany w miasto (czy na miasto jak kto woli). Zaczęliśmy szukać ścieżki na półwysep Bygdoy, ale po drodze znaleźliśmy się na przystani koło City Hall(przyp red. I kto by pomyślał, że Obama kilka miesięcy później dostanie tu Pokojową Nagrodę Nobla – Czytelniku! Pamiętaj! my tam byliśmy przed Nim), czyli tam gdzie wręcza się Pokojowe Nagrody Nobla (o ile nie pokręciłem czegoś). Na wikipedii widać go na zdjęciu pod hasłem Oslo, czy Norwegia (chyba na angielskiej). Przypinamy rowery obok innych i wsiadamy na łódkę 91. Tu dostajemy stempel do Oslo pass. Od teraz są ważne przez 48h. Po 10 minutach jesteśmy na miejscu. Ruszamy do muzeum łodzi wikingów. Pogoda super. Dla 3 łodzi wygrzebanych spod ziemi wybudowano ogromny budynek, żeby pomieścić je i tych wszystkich turystów. Łodzie super i szczerze mówiąc, myślałem, że są mniejsze. Są ogromne i robią wrażenie. Prócz 3 łodzi mnóstwo drobiazgów, zdaje się że znalezionych w tych grobowcach co łodzie. Po godzinie lub troszkę więcej, gnamy do następnego muzeum. Fram museet, to muzeum wybudowane wokół statku Fram. Na zdjęciach wyglądało to tak, że ogromny parowiec (no żaglowo-parowiec, czy jak to tam). Wyciągnięto na brzeg, a dookoła niego wybudowano ogromny trójkątny budynek. Można łazić w środku po kilku kondygnacjach, na których są ekspozycje dot. Wypraw norwegów na biegun, Grenlandie I ogólnie zdobywanie niezdobytego (I zimnego). Na tym statku Amundsen zdobył biegun południowy (ale kiedy dopłynął, to jeszcze musiał sporo przejść, a w tym czasie, jego rywal Scott zamarzł gdzieś tam na śmierć biedak). Do statku można wejść, pomieszczenia są pięknie zachowane, z głośników słychać dźwięki jak na statku. Mnóstwo sympatycznych bibelotów z codziennego życia załogi etc. Muzeum Fram podobało nam się najbardziej zaraz po skansenie. Teraz uderzamy do pobliskiego muzeum “Kon-tiki” poświęconego norweskiemu odkrywcy o imieniu : Thor Heyerdahl. Dość odważnie poczynał sobie ten pan na otwartych wodach Pacyfiku. Postanowił udowodnić, że dla starożytnych Pacyfik wcale nie był wielką przeszkodą i mogli się przemieszczać z jednego kontynentu na drugi. Jeśli, oczywiście, bardzo im zależało. Budował łodzie techniką z epoki, a następnie wypływał nią w ocean. Gdy udawało mu się dopłynąć do celu, miał silny argument popierający jego tezy. Jego dokument zdobył Oskara, jedynego jak dotąd dla Norwegii. Dalej odwiedziliśmy muzeum morskie, czy raczej muzeum żeglugi. Tu moja uwagę przykuło mnóstwo modeli statków i stateczków. Bardzo śliczne. No a na koniec zostawiliśmy sobie skansen. Folk Museet, czy jakoś tak. Polecał je zarówno John, jak i nasz przewodnik i mieli całkowitą rację. Fantastyczne miejsce, niepowtarzalny klimat. Nie dość, że można się przespacerować ulicami dawnego miasteczka, czy wioski, to prawie wszędzie można wejść, wszystko jest urządzone, a gdzieniegdzie, można zastać nawet mieszkańców. Wygląda to tak, że jest na przykład sklepik z około 1900 roku. Tam za ladą siedzi (młoda) ekspedientka i można ją o wszystko wypytać, ale też kupić coś “ala” z epoki. My kupiliśmy głównie słodycze, które głównie ja potem wciągnąłem. W jednym z domków zastaliśmy dziewczynę, która piekła chleb i parzyła kawę dla gości. Kawa strasznie mi smakowała. Oj. Fajnie się z nią gadało i była bardzo mila. Chyba nawet mamy jej zdjęcie. W innym domku dziewczyna gra na drumli i uczy emerytów, w Stavkyrkje siedzi duchowny (?) I też można go wypytać. W zagrodach zwierzaki, na krzaczkach porzeczki. Odwiedzających w sumie niewiele. To wszystko sprawiło, że czułem się trochę jak w grze. Zwłaszcza w starych grach, wszystkie te miasta były takie jakby wymarłe. Zbyt duża liczba NPCów nie zdarzyłaby się wyrenderować i zatkałaby procesor. Tu też. Pusto pusto, ale nagle gdzieś wchodzisz, a tu ni z gruszki ni z pietruszki samotna dziewczyna mieli kawę etc. Ogólnie, skansen na wieeelki +. Kolo 19 ruszamy z powrotem na przystanek lodzi. Wracamy do rowerów. Potem kręcimy się jeszcze koło informacji i po dworcu. Dowiadujemy się dokładnie o ceny biletów na pociąg z Oslo na lotnisko i co i jak z rowerami. Postanawiamy zakończyć dzień wizytą w parku Vigelanda. Na głównym deptaku zauważam rowerzystę z sakwami crosso. Zagaduję i oczywiście, że Polak. Gadamy trochę, śmiejemy się i już wszyscy w 3 jedziemy do parku. Udaje się go znalezć (nie) bez kłopotu, asia prowadzi, zuch(!). W parku mnóstwo zdjęć. Potem nasz nowy znajomy, Paweł, proponuje, żebyśmy zobaczyli Opera House, gdzieś blisko stacji. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to opera. Trafiamy tam, a tu budynek biały jak pasta do zębów. W dodatku zbudowany przedziwnie, otulony ogromnymi białymi płaszczyznami, po których można wjechać na sam szczyt. To tak jakby jeździć na rowerze po fasadzie budynku. Niesamowite. Robi się późno, 23. Żegnamy się i zmykamy na kemping. Paweł musi gdzieś przeczekać do 6, bo ma pociąg do Bergen. 3mamy kciuki za niego. No a na kempingu travel lancze i ta przydługa relacja. Buziaki. Trip 55.10, time 4:09, avg 13.27

John

Hej. Pozdrawiam Was z ciepłego norweskiego mieszkanka, do którego zaprosił nas John. Ale od początku. Wstajemy rano i witamy się z niemieckim kolegą. Robimy mu jeszcze raz herbaty, a potem on jedzie w sobie tylko znanym kierunku. Pogoda jest wspaniała, troszkę tylko chmurek. Dzięki temu namiot nam wysechł i reszta rzeczy tez trochę. Przyjemnie było zwinąć w końcu suchy namiot. Ruszamy dalej wzdłuż jeziora, czy może fiordu (już sam nie wiem) o nazwie Tyrifjorden. Dość, że podążaliśmy trasą 287, która na początku miała strasznie złą nawierzchnię, nawet jak na polskie standardy. Zaczęło padać. Niestety padało już do końca dnia, a wiec od około 14 do końca byliśmy mokrzy. Asia twierdzi, że przed Sylling były jakieś ładne widoki. Nawet jakieś zdjęcia robiła, ale ja byłem przemoczony totalnie i zły na tą całą głupią pogodę i wpatrywałem się tylko w szosę metr przede mną. W Sylling kupiliśmy potetsalad. Dosyć paskudna wiocha, dużo pól z truskawkami, straszą napisy “no work”. Skoro no work, to jedziemy dalej. Wjeżdżamy na 284. Po drodze znajdujemy wiatkę, gdzie jest w miarę sucho, więc zżeramy potetsalad i dużo ciasteczek x-tra (ja pomagam wielkiemu ślimakowi bez skorupki wdrapać się do pudełka z truskawkami, które ktoś wyrzucił do śmietnika). W końcu 284 dochodzi do E16. Cali pełni obaw o ścieżkę rowerową wjeżdżamy na górę. Początkowo jedziemy E16, ale szybko znajduje się ścieżka. No i zaczyna się koszmar. Już nie pada, tylko zaczyna lać. Ścieżka bawi się z nami w chowanego. To znika, to rozdwaja się, to znów czmycha w las żeby zamienić się w błotnistą dróżkę. Jesteśmy jakieś 20 km od Oslo. Kiedy kolejny raz nie wiemy gdzie jechać i jedziemy na ślepo (i nawet musieliśmy zawrócić) Asia rzuca rower na ziemię i klnie na cala Norwegię i naród norweski (sorry John, jeśli to faktycznie przetłumaczyłeś, Asia była strasznie mokra i zmęczona). E16 znikła pod tunelem, a więc my musimy sobie jakoś radzić nad nim. Trafiamy na jakieś osiedle, pytam gościa czy dobrze jedziemy, tłumaczy, że OK, ale średnio udaje mi się zapamiętać jego wskazówki. W końcu trafiamy na jakieś większe skrzyżowanie i tam drapiemy się (trasa 160 odchodząca od E16) na górę. Wtem zauważam rowerzystę z sakwami i zatkniętą norweską flagą. Ten będzie wiedział, myślę, i dalej go gonić. Okazuje się, że nie wie dokładnie jak nam wytłumaczyć jak dojechać do centrum (na rowerze), ale stąd jest jakieś 20km do Oslo. Już w drugim zdaniu proponuje, żebyśmy zanocowali u niego. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, mówi mi “dzień dobry!”. Tak samo wita Asie, która dojechała z dołu i ponawia propozycję. Decydujemy się ją przyjąć i po paru chwilach jesteśmy już u naszego gospodarza. Złapaliśmy go, kiedy właśnie wracał z 9cio dniowej wyprawy z Danii (złapaliśmy go dosłownie 50m przed domem). Mieszkanko super. Prysznic i ciepła woda po raz pierwszy od prawie 3 tygodni. Ugotowaliśmy sobie na prawdziwej kuchence swoje makarony (John oferował picce, ale głupio nam było), a John wyjaśnił nam bardziej niż dokładnie jak mamy jutro jechać. Dał plan Oslo ze wszystkimi ścieżkami rowerowymi i napisał na kartce po kolei gdzie i jak jechać (z dystansami i nazwami ulic etc). Także gościnność niesamowita. Tłumaczy ją tym, że sam został kiedyś tak ugoszczony i chciał zrobić dla kogoś tak samo. Strasznie fajne to mieszkanie. To jest jakby blok, który ma tylko jedno piętro (John : u nas bloki najczęściej mają po 10 pieter i są ohydne). No i tak o. Dostałem nawet dostęp do wifi w domu, więc wysyłam tego maila za free i nawet sprawdziliśmy najnowsze wieści o śtp Majkelu. Licznik zostawiłem na rowerze w piwnicy, więc dziś nie napiszę statystyk, ale około 65km zrobiliśmy. Buziaki.

Notka odpowiedź

Hej! Piszę nowąa notkę, bo nie za bardzo mogę pisać komcie, bo kilobajty uciekajo. Strasznie się cieszę Maciek, że czytasz! Mamy więc kolejnego czytacza. Buty wywalimy jak tylko dojedziemy do Oszlo, tylko musimy im zrobić zdjęcie, bo to nie lada konstrukcja na druty, sznurki i klej kropelka. Mama : kuchcik zgodził się zostać kuchcikiem, bo ja jestem kapitanem, więc nie miał(a) wyboru. Kuchcik się spisuje, bo dziś zrobił(a) pyszne “ala spagetti”. Nawet żółty ser “x-price” był. Buziaki.

Amot

Witam wszystkich drogich czytaczy. Właśnie popijam herbatkę, piszę relacje i podziwiam jakaś dużą wodę zza “okna”. Woda nazywa się jezioro Bergsjo, nad nim niebo z zorzą od zachodzącego słońca (tak będzie przez cala noc). Na niebie jedna gwiazdka, nade mną prócz nieba sosny i porządek moralny we mnie. Czy jakoś tak. Wstajemy kolo 10. Znaczy się Asia wcześniej, ale ja we śnie uciekam na motocyklu przed kimś tam. Wiec o 10. Nie pada. Jemy i zbieramy się. Wyruszamy jak zwykle późno, kolo 13. Zajadamy się ciasteczkami x-price, czy jakoś tak, które miały być krakersami i kupiliśmy ich aż 600g za 12nok. Kiedy ruszamy trasa 287 zaczyna padać. Mamy jakieś 17 km pod gore na wysokość 960, potem już tylko z górki. Krajobraz jak w naszych górach, a więc łagodne zbocza porośnięte bujnymi lasami. Gdzieś na szczycie spotykamy Niemca, z którym gadaliśmy wczoraj przy informacji. Gadamy trochę. Ja korzystam z WC, bo akurat stoi piękne, nowe. Zjadamy do końca potetsalad, ciasteczka i wodę z sokiem. Od tej pory jest już z górki lub płasko, wiec przecinamy przestrzeń z łatwością. Szybko docieramy do Eggdal, gdzie ja wcinam snikersa. Przychodzi znów nasz znajomy Niemiec, wyciągamy mapy i gadamy o trasach, podróżach i miejscach. Wychodzi słońce. Nasz znajomy w Norwegii był pierwszy raz w 81. To już kolejna osoba, która tu wraca co jakiś czas. Był w wielu innych miejscach (Alpy, Pireneje) ale tu w Norwegii czuje się najlepiej. Pierwszą poważną podróż na rowerze z sakwami etc. odbył mając lat 40. Żegnamy się i ruszamy dalej. Pogoda nareszcie ładna. Od tej pory pocinamy z Asiunią po 30kmh i tak do późnego wieczora. Dziś mamy rekordowy dystans. Droga bardzo przyjemna, a to pagóry, a to jeziorko, a to kolorowe tubylcze domki. Rzeczy nam podeschły, wyprzedziliśmy nawet jednego rowerzystę norweskiego. Dojechaliśmy do Amot. Asia mówi, że pierwszy raz widziała sklepy czynne do 22. Mieścinka wielkości podwarszawskiego Piaseczna, czy Pruszkowa etc. Trochę nie wiemy gdzie jechać, ale tym razem dzielny kapitan po nazwach ulic i z pomocą planu miasta na słupku odnajduje drogę. Ruszamy trasa 284 w stronę Vikersund. Przed tą miejscowością zauważamy kogoś rozbijającego namiot w krzaczorach, dołączamy się właśnie do niego. Dookoła same domy z ogródkami, wiec to miejsce jest na wagę złota. Gadamy z nowym znajomym. Jest to Niemiec, który pracuje w Norwegii i wybrał się na tygodniową przejażdżkę, jak przyznaje, sam jeszcze nie wie gdzie. Pracuje w czymś co się nazywa Camphill i o ile dobrze zrozumiałem jest to jakaś taka komuna, gdzie pomaga się ludziom z problemami, czy może niepełnosprawnym. No jakoś tak. Częstujemy go herbatą i ciasteczkami. Asia się idzie myć, a mi się nie chce (później Asia się będzie ze mnie śmiać, że jestem brudas). Potem żałuję. Robię herbę na dobranoc i idziemy do namiotu. Trip : 109.04, time : 5:55, avg : 18.39. Aha, Asia mówi, że widzieliśmy lisa (żywego) i zdechłe małe zwierzątko, niezidentyfikowane.